Bartłomiej Marszałek, jedyny Polak w F1 H2O: Tata radzi, żebym nie przeszkadzał łódce płynąć

Tomasz Biliński
Tomasz Biliński
Bartłomiej Marszałek, jedyny Polak w F1 H2O: Tata radzi, żebym nie przeszkadzał łódce płynąć
Bartłomiej Marszałek, jedyny Polak w F1 H2O: Tata radzi, żebym nie przeszkadzał łódce płynąć archiwum prywatne Bartłomieja Marszałka
- Zaklejałem okna wykładziną, by nie widać było światła, ewentualnie wręczając jakiś drobny prezencik do spożycia prosiłem ochroniarzy na Polonii, by w razie telefonu od rodziców mówili, że mnie nie ma - wspomina swoje początki Bartłomiej Marszałek, pierwszy i jedyny Polak w Formule 1 H2O, a także syn legendy motorowodniactwa Waldemara Marszałka.

Rozmawia pan z katamaranem?
Czasem szepnę czułe słówko na koniec pracowitego dnia, dam całusa. Zapowiadam mu, że będziemy zasuwać. To samo mam z silnikiem, ale dla niego jestem ostrzejszy. Mówię mu: dawaj, byku, kręć się! W każdym razie jest to personifikacja w granicach rozsądku, nic, co klasyfikowałoby mnie, żebym wylądował na kozetce, cha, cha!

Słyszałem, jak swój katamaran nazywa pan niunią.
Niunia to zwrot, który tata stosuje do kochanej mamy. Zapożyczyłem to od niego. Co prawda do swojej żony zwracam się inaczej, ale łódkę nazywam Niunią. Traktuję ją jak damę, kiedy spinam ją pasami, to nie za mocno. Kiedy mechanik za mocno uderzy narzędziem o łódkę, to zawsze zwracam uwagę. Oczywiście pół żartem, pół serio. Pracując tyle czasu potrzebny jest też uśmiech. Natomiast silnik to facet. W obu przypadkach podejście wynika z szacunku do sprzętu i serca, które w to wkładam.

To prawda, że nikt poza panem nie może dotknąć się do silnika?
Tak, ale bardziej to kwestia braku doświadczenia ludzi w mojej ekipie. Jest w niej tylko jeden doświadczony człowiek, Andrzej Dziubek, który jeździ ze mną od pierwszego sezonu w Formule 1 H20. Poza tatą, to jedyna osoba, której ufam w kwestiach technicznych. Pozostali muszą zapracować na to zaufanie. Jest trochę jak w kuchni, zaczyna się od zmywaka, kończy jako szef kuchni. Tutaj początki to dolewanie paliwa, ładowanie akumulatorów czy polerka. Na razie po prostu nie mam kogo dopuścić do silnika i szkolimy następców. Ale to też świadomy wybór. Przy silniku margines błędu jest bardzo mały. On nie pokaże lampką kontrolną, że coś jest nie tak jak np. w samochodzie. To bardzo wyżyłowany silnik, który ma 450 KM i w przypadku przesadzenia i zbyt odważnych ustawień parametrów jego pracy od razu go odcina, czasem staje w płomieniach, wszystko w środku jest zmielone i jest do wyrzucenia. Coś takiego dla mnie to cios finansowy i czasowy. Nawet gdybym dostał w tej chwili worek złota, to nie pójdę i nie kupię nowego. To wielotygodniowy, a czasami wielomiesięczny proces z modyfikacjami i ciągłym rozwojem. Dlatego jak ktoś się kręci przy silniku, to czuję się nieswojo. Serwis i wymianę robię z Andrzejem albo sam. Rodzinny dom na potrzeby został zagospodarowany pod sport, żebym mógł to robić, bo nie miałem innego wyjścia. Zdobyłem już na tyle doświadczenia, że aby uprawiać tak drogi sport nie jestem zmuszony, żeby komuś zlecać pracę nad sprzętem albo wkupywać się w bogaty zespół. Efekt uboczny jest taki, że trzeba odpokutować swoje w garażu, ale dla mnie to czysta przyjemność. Myślę, że pomaga mi to także jako zawodnikowi. Choć przewagi mi to nie daje. To fajne i zaradne, redukuje do 70 proc. kosztów. Dzięki temu mogę być w tym sporcie, który już nie jeden bogaty ród rozłożył. Fabryczne zespoły są otwarte dla klientów z grubym portfelem, ale ci po jakimś czasie, gdy sprzedanie połowy firmy nie wystarcza, a jego syn jeszcze miał po drodze wypadek, muszą się wycofać. Robi się efekt kuli śniegowej i koszty są potężne. Wracając do rywalizacji w F1, przede wszystkim liczy się to, kto najszybciej jeździ, a nie to kto jak sobie to szykuje.

Bazuje pan na tym samym sprzęcie, na którym w 2019 r. pierwszy raz stanął pan na podium Grand Prix, a sezon zakończył na piątym miejscu?
Silnik jest inny, bo to akurat część, która szybko się zużywa. Wystarcza na cztery-pięć rund. Generalnie łódka wygląda tak samo, ale jest zmodyfikowana i dalej przechodzi zmiany, bo stale nad czymś pracuję. Dzięki dołączeniu do ORLEN Team mam wreszcie możliwość testowania bolidów w Polsce i bardzo z tego korzystam. Nie można odłożyć sprzętu na tak długi czas, jak poprzedni rok, w którym nie było startów przez pandemię. Konkurencja by odjechała. Zresztą już podczas Grand Prix Europy, pierwszej rundy w tym roku, widziałem, że poczyniła spore zmiany. Ci najbogatsi, jak w samochodowej F1, mają ludzi, którzy codziennie pracują nad rozwojem technologii. Do tego zawodnicy starają się podejrzeć, co i jak mają zbudowane inni, a zespoły zasłaniają wszystko najszybciej jak się da. Też miałem taką sytuację, po wyścigu, w którym byłem trzeci. Poszedłem porozmawiać z kibicami, odwracam się, a jeden z rywali – Szwed, piętnaście lat starszy ode mnie, z którym dwa lata wcześniej chciałem nawiązać współpracę – robi zdjęcia mojego śmigła napędowego. Śmiać mi się chciało, żartowałem, że jak chce, to odkręcę śmigło i mu oddam, a on zaczął ściemniać, że robił zdjęcia łódek, które stały za moją. Tylko się pogrążał. Dlatego tym bardziej wtedy, czy teraz moje piąte miejsce pokazało mi, że wszystko co robię, idzie w dobrym kierunku.

Jak się panu udało osiągnąć sukces w 2019 r., mimo braku treningów?
To dla mnie największy krok do przodu, czyli treningi, dzięki wsparciu PKN Orlen. Mam taką możliwość od 2020 r. Wcześniej w F1 H2O startowałem osiem lat. Jeździłem tylko podczas Grand Prix, każdy trening wykorzystując od pierwszej do ostatniej minuty. I tak przez ten czas przejechałem mniej, niż zawodnik w zespole z Emiratów w ciągu roku i tylko podczas testów. Choć mimo to miałem stały progres. Dwukrotnie był nawet taki sezon, w którym jako jedyny ukończyłem każdy wyścig zdobywając punkty. Co prawda bez przebłysków, ale z równą jazdą. Dziś wreszcie mam możliwość sprawdzania modyfikacji. Zawsze o tym marzyłem. To dobre dla mnie jako zawodnika i pod względem technologicznym. Na papierze wiele rzeczy powinno dawać pozytywne efekty, ale w praktyce wychodzi inaczej. Nie ma innej metody niż próby i błędy podczas testów. Mam nadzieję, że dzięki nim będę dalej się rozwijał. Przez te wszystkie lata dojrzałem jako zawodnik i nabrałem pokory. Dopiero po ośmiu latach startów w F1 mogłem pozwolić sobie na własną łódź. Wcześniej pływałem odkupionymi. Czasem ich byli właściciele nie dowierzali po moim remoncie, że to ta sama łódka. Dziś mam wrażenie, że nadszedł odpowiedni moment, w którym połączyły się wszystkie czynniki, by zrobić krok do przodu. Wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Nawet te zdarzenia, które początkowo wydawały się krzywdzące, ostatecznie miały miejsce po coś.

Co na przykład?
W 2011 r. miałem wypadek, który wyeliminował mnie na półtora roku. Obecny mistrz świata Shaun Torrente wjechał we mnie. On tydzień później wsiadł do nowej łódki, bo wtedy pływał dla Katarczyków, z mojej nie było co zbierać. Zdrowotnie na szczęście nie ucierpiałem, mam tylko problemy z zatokami, bo nałykałem się słonej wody. Tamtą łódź kupiłem za pieniądze ze sprzedaży mieszkania, które dostałem od rodziców. Pojawiła się szansa, bym startował w Formule 2. Pieniądze od sponsorów wystarczyły na pół łódki, drugą połowę pokryłem ze środków za mieszkanie. Minęły dwa sezony, zostałem zaproszony do Formuły 1. Sezon rozpocząłem od 11. miejsca w Portugalii, w Kijowie byłem dziesiąty, więc zdobyłem pierwszy punkt. I zaledwie na trzecim wyścigu w Emiratach wszystko się rozsypało. Na dojeździe do pierwszej boi Torrente we mnie przywalił. W tamtym sezonie jeździł jak kamikadze, rozbił jeszcze dwie łodzie. Dostał za to karę, ale jedynie nie mógł wziąć udziału w dwóch kolejnych wyścigach, a grzywną się nie przejmował, bo wzięli ją na siebie katarscy właściciele zespołu. Mnie natomiast dosłownie wyzerowało. Byłem tuż po studiach, bez grosza, mieszkanie leżało w drzazgach na brzegu. Wszystko prysło jak bańka mydlana. Tata, który wraz z mamą był ze mną na tym nieszczęsnym wyścigu, powiedział, że jak chce wracać, to od razu, a jak nie, to żebym dał sobie spokój.

I jak pan wrócił do rywalizacji?
Odkupiłem wtedy „na zeszyt” starszą rezerwową łódkę od Szwedów. Nazwałem ją „Brzydkie kaczątko”, bo przeszkadzała im w kontenerze, zawsze podczas wyścigów wystawiali ją pod płot, a czasami służyła im jako ławka. Przez półtora roku składałem ją w baraku na Polonii Warszawa, z którego korzystał mój tata. Skupywałem używane części, dla bogatszych niektóre elementy były złomem, ja wyciskałem z nich jeszcze trochę życia. I tak wróciłem i jeżdżę do dziś. To był dla mnie trudny okres, w którym musiałem odpowiedzieć sobie na kilka ważnych pytań. Większość ludzi pewnie machnęłoby ręką. Ale moim zdaniem w życiu chodzi o to, żeby obrać kierunek i mimo przeciwności losu nie zniechęcać się, a dążyć do celu. W perspektywie czasu to mnie wzmocniło. Na koniec jest jeszcze potrzebna szczypta szczęścia. Moje ambicje nie kończą się na piątym miejscu, od którego zacząłem ten sezon. Po trudnym weekendzie we Włoszech to dobry rezultat, ale już za metą myślałem, co zmienię przed następną rundą. Marzy mi się, żeby w końcu z naszym narodowym orłem wpaść na metę jako pierwszy. Poprzeczka wisi wysoko, ale nie poddaję się.

Miał pan oferty dołączenia do najbogatszych zespołów z Chin czy bliskiego wschodu?
Kiedyś tak, ale przystając na nią musiałbym zmienić flagę przy moim nazwisku. To nie wchodziło w grę. Dla mnie ogromną wartością jest też to, że tworzę ekipę złożoną z Polaków i gdzie tylko możemy, wykorzystujemy polskie komponenty. Oczywiście w bogatym zespole na pewno byłoby łatwiej, ale na krótką metę. Wchodząc w taki układ, jest się uzależnionym od właścicieli. To nie po mojemu. Patrząc na osoby, które mnie zastąpiły, gdy odrzuciłem propozycję, to utwierdzam się w przekonaniu, że dobrze zrobiłem.

W samochodowej Formule 1 dobry kierowca w słabym bolidzie nie zdziała cudów, natomiast odwrotnie już tak. W H2O jest podobnie?
Nie, dobry kierowca w łódce z końca stawki jest w stanie dużo zrobić. Woda „żyje”, nie ma symulatora, w którym nauczysz się toru. Musisz mieć to czucie. Oczywiście nie krytykuje F1 na kołach, bo oglądam i kibicuję, ale na wodzie więcej zależy od człowieka niż od sprzętu. Procentowo rozłożyłbym to 80 do 20. Oby tak było dalej, dzięki temu ci biedniejsi mogą walczyć z bogatymi.

Z jednej strony może się wydawać, że przez pryzmat ojca, Waldemara Marszałka, był pan skazany na motorowodniactwo. Z drugiej – gdy już pan zdecydował, że chce iść w jego ślady, trudno było przekonać do tego rodziców?
Nie, pamiętam, jak w kuchni siedziałem z tatą, wyczułem u niego dobry humor, powiedziałem, że chcę spróbować, dał mi buziaka i powiedział, żebym na razie nic nie mówił mamie i czekał na swoją szansę. Gdy mama w końcu się dowiedziała, była mniej zadowolona, choć przeczuwała, że tak to się skończy. Już w wieku 13-14 lat po szkole szedłem do baraku taty i pomagałem przy łodziach, jak tylko mogłem. W międzyczasie próbowałem grać na pianinie, w koszykówkę, czy pływać, ale skończyłem przy łódce. Najpierw pomagałem bratu, później już dbałem o swoją. Byłem już pełnoletni i czasem przesadzałem, rodzice mówili mi, żebym zwolnił, bo dochodziło nawet do tego, że we wspomnianym magazynie zaklejałem okna wykładziną, by nie widać było światła, ewentualnie wręczając jakiś drobny prezencik do spożycia prosiłem ochroniarzy na Polonii, by w razie telefonu od rodziców mówili, że mnie nie ma. Umówiliśmy się z tatą, że dostanę szansę na rok czasu. Jak mi będzie wychodzić, to będę kontynuować, w przeciwnym razie dam sobie spokój. Ostatecznie tata się ucieszył, choć jako trener był surowy. Podczas startów denerwuje się z mamą bardziej niż jak on pływał.

Trudno być synem własnego ojca?
Nie, wręcz przeciwnie, bardziej mnie to motywuje. Myślę o tacie podczas startów. Spotykam bardzo dużo ludzi nie tylko w Polsce, ale i na świecie, dla których on bardzo dużo znaczy, jest dla nich inspiracją. Nie tylko w wymiarze sportowym, ale jako symbol walki wychodzenia z trudnych sytuacji czy o własne zdrowie. Takie sytuacje mnie wzruszają i dają powód do dumy. Wiem, że to także duża odpowiedzialność, ale dla mnie to zaszczyt, że mogę kontynuować naszą rodzinną sagę. W tym miejscu warto podkreślić rolę mojej kochanej mamy Krystyny, która przez całe życie mocno wspiera tatę i ma duży udział w jego osiągnięciach.

Jaka była najcenniejsza rada, jaką panu dał?
Że nie mogę przeszkadzać łódce płynąć. Zdanie niby proste, ale jest w nim dużo symboliki. Można je odnieść także do innych dziedzin życia. W motorowodniactwie chodzi o to, żeby poddać się jej sile. Znaleźć moment, w którym łódź nabiera lekkości. Wcześniej także starałem się fizycznie pokonywać zakręty, przeciwstawiać się siłom, ale nie ma to szans. Nawet największy atleta nie dałby rady takim przeciążeniom. Nauczyłem się im poddawać.

Doświadczenie taty przydaje się w F1?
Jak najbardziej, do dziś mi pomaga, konsultujemy wiele spraw. Jego pomoc jest nieoceniona w wielu kwestiach. Tata zna się na kwestiach technologicznych. Oczywiście łódki w F1 są zupełnie inne, niż te, którym on pływał, ale w każdym przypadku chodzi o to samo. Bez stopera jest w stanie powiedzieć, kto jest szybszy, a jego ucho wykryje, który silnik dobrze się kręci, a w którym coś zgrzyta. Mam z tego ogromną radość, że dzięki temu wciąż żyje tym sportem.

Żyje nim, i to dosłownie, także pana żona, która komunikuje się z panem podczas wyścigów przez radio. Współpraca zmieniła się od czasu ślubu?
Żona jeszcze jako narzeczona dołączyła do zespołu i pełni bardzo ważą funkcje. Spełnia się w tym, co robi, ma wszystkie potrzebne cechy dla tej roli i daje mi cenne wskazówki. Na pierwsze podium wjechałem właśnie z nią w słuchawce. Początkowo się zastanawialiśmy, bo wiele kobiet próbowało, ale mimo że były profesjonalne, to jak mąż jechał zbyt ofensywnie, zdarzało im się ich zwalniać „oj, uważaj!”, „nie pędź tak!”. Moja małżonka staje na wysokości zadania. Do tej pory robi to najlepiej spośród wszystkich, którzy się tego podejmowali. W życiu prywatnym jest to kochana osoba, na którą czekałem całe życie i wiem, że przy jej wsparciu i wyrozumiałości mam idealne warunki, aby rozwijać się w sporcie.

W tym sezonie odbyła się jedna Grand Prix, druga zaplanowana jest w grudniu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Mało.
Mało, ubolewam nad tym, wszystko przez koronawirusa. Przyszły rok jest dla mnie obiecujący, bo Chiny, które zawsze były mocną pozycją w kalendarzu, zapowiedziały, że zorganizują zawody. Jeśli w lutym odbędą się zimowe igrzyska olimpijskie, to dla mnie będą zielonym światłem dla nas. W samej Formule 1 H2O są nowi ludzie, którzy mają pomóc w przywróceniu większej liczby rund. Najważniejsze, że ten sezon się rozpoczął i nabierze rozpędu. Ten sport jest piękny. Marzy mi się, żeby także polscy kibice na jednym z naszych zbiorników wodnych mieli okazje zobaczyć taki wyścig. Deklaruję, że będę się starał, by nie tylko godnie reprezentować Polskę na wodze, ale także poza nią zrobić wszystko, byśmy mieli swoją Grand Prix F1 H2O.

Ma pan już upatrzone miejsce?
Oczywiście, toru asfaltowego nie mamy, ale matka natura dała nam wiele pięknych miejsc. Na pewno takim jest odcinek Wisły w Płocku. Jest tam amfiteatralne ułożenie nabrzeża, fani mieliby miejsce jak na stadionie. Myślę, że to kwestia czasu i w niedalekiej przyszłości doczekamy się takiego wyścigu.

JUŻ IDZIESZ? MOŻE CIĘ ZAINTERESUJE:

JUŻ IDZIESZ? MOŻE CIĘ ZAINTERESUJE:

Legia zwolni Michniewicza?

Wideo

Materiał oryginalny: Bartłomiej Marszałek, jedyny Polak w F1 H2O: Tata radzi, żebym nie przeszkadzał łódce płynąć - Sportowy24

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie