Dawniej na wigilijnym stole królował... bóbr.

Urszula Bisz
Jan Leończuk (na zdjęciu z lewej) i Józef Maroszek z rozrzewnieniem opowiadają o kulinarnych tradycjach świątecznych, jakie towarzyszyły dawniej Wigilii na terenach Puszczy Knyszyńskiej. Sporo z nich przetrwało w różnych formach do dzisiejszych czasów. Niektóre jednak zanikły.
Jan Leończuk (na zdjęciu z lewej) i Józef Maroszek z rozrzewnieniem opowiadają o kulinarnych tradycjach świątecznych, jakie towarzyszyły dawniej Wigilii na terenach Puszczy Knyszyńskiej. Sporo z nich przetrwało w różnych formach do dzisiejszych czasów. Niektóre jednak zanikły.
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Nieparzysta liczba potraw, czyli jak dawniej ucztowano.

Przede wszystkim to, co było dawniej na stołach, pochodziło z własnych wyrobów. Tym różni się dawna Wigilia od współczesnej - mówi prof. Józef Maroszek, białostocki historyk i znawca naszego regionu. - Najczęściej nie udawano się po towary kramne, a wiktuały na święta przygotowywano przez kilka tygodni. Najwcześniej dokonywano świniobicia przygotowując mięso, soląc je, wędząc. Regionalną specjalnością była tzw. kuchnia litewska. Różni się tym, że w czasie oprawiania świni smalono ją przy użyciu wiechci słomy. Na obszarze dawnych Ziem Polskich zaś parzono i skrobano zwierzę.

Bóbr jak ryba

Wieprzowinę podawano jednak dopiero w święta Bożego Narodzenia. Kolacja wigilijna natomiast w naszych stronach zawsze była postna, choć niektóre potrawy dziś uznalibyśmy za mięsne.
- Bobra uważano - w związku z tym, że żyje w wodzie - za rybę - opowiada prof. Maroszek. - Na Wigilię więc jadano ogon bobrowy.

Pozostałe dania były jednak zdecydowanie postne. Wśród nich zupa. W zależności od tradycji rodzinnych i zamożności domu była to migdałowa z rodzynkami, barszcz z uszkami lub barszcz z grzybami. Grzyby suszone i kapustę kiszoną podawano na wiele sposobów. Na stołach królowały jednak ryby.

W naszym regionie w XVI wieku rozwinęła się hodowla karpia. Związana była jeszcze z kuchnią króla Zygmunta Augusta. W czasie jego pomieszkiwania w Knyszynie wybudowano w okolicach wielkie stawy. Do dzisiaj przetrwał ten w Czechowiźnie, nazywany stawem imieniem władcy.

Ryby zaś, im bliżej Wigilii były złowione, tym były lepsze. Julian Ursyn Niemcewicz, który urodził się w Klejnikach pod Bielskiem Podlaskim, a mieszkał w Skokach nad Bugiem, opisywał, że w dniu Wigilii wyprawiano się na nie od świtu. Wychodzili słudzy, robili na lodzie przeręble, zapuszczali niewód. W domu zaś niecierpliwie oczekiwano powrotu rybaków. "Jakaż radość, gdy przyniesiono ceber z rybami, a matka moja dała kucharzowi rozkazy, jak każda ryba miała być przyprawioną" - pisał słynny polski dramaturg.
Te i inne opisy dotyczące przygotowywania wieczerzy wigilijnej oraz obrzędów kulinarnych na terenie północno-wschodniej Polski umieścił profesor Maroszek wraz ze współautorem Janem Leończukiem w "Wielkiej księdze tradycji kulinarnych Puszczy Knyszyńskiej". Wydana została ona przez Lokalną Grupę Działania - Puszcza Knyszyńska.

Na początek kutia

Znaleźć w niej też można fragment a propos najważniejszej niegdyś na naszych terenach potrawy - kutii. Źródło mówi, że u Branickich w Białymstoku w 50. latach XVIII wieku "początek sutej Wigilii był od litewskiej kutii". Zarówno na szlacheckich stołach, jak i na stole kuchennym w chatach kutia była niezastąpioną potrawą, bez której świąteczna kolacja nie mogła się zacząć. Tradycja jej podawania jest jedną z najstarszych w naszych stronach.

- Wywodziła się ona jeszcze z czasów pogańskich - tłumaczy Jolanta Szczygieł-Rogowska, historyk, szefowa Galerii Sleńdzińskich w Białymstoku. - Łączyła w sobie trzy składniki, które bezwzględnie musiały pojawić się na stole, a które miały zapewnić dobrobyt: mak, miód i pszenicę.
Dodaje jednak, że kutia była potrawą gospodyni, a kisiel - gospodarza.

Sam stół wigilijny też przed laty miał o wiele większe znaczenie niż obecnie.
- We współczesnych świętach brakuje mi dużego stołu, przy którym mogą usiąść wszyscy domownicy, przy którym jest też miejsce dla zbłąkanego wędrowca - mówi Jan Leończuk, poeta i znawca regionu, dyrektor Książnicy Podlaskiej. - Stół musiał być duży. Ustawiano go w tzw. izbie paradnej, czyli dużym pokoju, który na co dzień nie był używany w chacie wiejskiej, albo w kuchni, bo te kiedyś zajmowały nawet pół powierzchni domu.

Koniecznie siano pod obrusem

Liczba osób siedzących przy stole też miała swoje ukryte znaczenie.
- Z tradycji zachowanej z czasów pogańskich zachował się obyczaj, że liczba potraw na stole musiała być nieparzysta. W zależności od zamożności domu było ich pięć, siedem, dziewięć lub więcej - tłumaczy Szczygieł-Rogowska. - Inaczej natomiast podchodzono do liczby osób zasiadających przy stole. Powinna być ona parzysta. Jeśli było inaczej, oznaczać to mogło odejście lub śmierć jednego z zasiadających do Wigilii.

Jeszcze jednym z ważnych elementów związanych ze stołem było siano.
- Siana do domu przynosiło się cały worek - opowiada Leończuk. - Pod obrus kładziono tylko odrobinkę. Po kolacji wkładano znów do worka i niosło się do obory i do stajni, żeby nakarmić zwierzęta. Te tej nocy mówiły ludzkim głosem i mogły się pożalić. Dlatego cały rok trzeba było je dobrze traktować.

Do ok. XIX wieku w domach pojawiał się też snopek zboża. Był stawiany z reguły w kącie izby. Potem tę funkcję przejęła choinka. Na niej zawieszano cukierki, pierniki i ciastka własnej roboty oraz jabłka. Owocem bożonarodzeniowym z naszego regionu jest jabłko glogierówka, wyhodowane w Jeżewie przez Jana Glogera, ojca znanego etnografa i kulturoznawcy - Zygmunta Glogera.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie