Jak chłopak z ul. Wiejskiej podbijał świat

prof. Adam Czesław Dobroński
Zygmunt Stankiewicz przed wejściem do swego Muzeum Historii Polskiej.
Zygmunt Stankiewicz przed wejściem do swego Muzeum Historii Polskiej. A. Dobroński
Stanął na środku wielkiego placu, zamknął oczy i zaczął obracać się dookoła. Postanowił, że po zatrzymaniu się skieruje swe kroki do banku, który ujrzy na wprost. Tak i zrobił...

Zygmunt Stankiewicz urodził się w Białymstoku 1 lutego 1914 roku, rodzina mieszkała przy ulicy Wiejskiej. Zygmunt zapamiętał scenę bitewną 1920 roku, skończył szkołę powszechną nr. 11 przy ul Mazowieckiej, następnie kontynuował edukację w Seminarium Nauczycielskim. Brał udział w walkach we wrześniu 1939 roku, przedostał się nielegalnie do Francji, w czerwcu 1941 roku wraz z 2. Dywizją Strzelców Pieszych znalazł się w Szwajcarii jako internowany. Po zakończeniu wojny został dyrektorem Polskiego Muzeum w Rapperswilu, zawarł związek małżeński z córką bankiera Catherine von Ernst. Wskutek zmian zachodzących w Polsce musiał w 1948 roku na nowo ułożyć sobie życie.

Robotnik i kapitalista

Stankiewicz zatrudnił się jako pracownik fizyczny w fabryce opraw i wyrobów oświetleniowych. W 1949 roku państwu Stankiewiczom urodziła się córka Łucja, a dwa lata później synowie Antonii i Thomas. To wszystko jeszcze bardziej zdopingowało Zygmunta do wysilonej twórczej pracy. Dużo rysował, proponował nowatorskie rozwiązania oświetlenia domów, kościołów, fabryk, szkół, klubów. Ciesząc się coraz większym uznaniem zaproponował dyrekcji założenie filii przedsiębiorstwa, którą chciał samodzielnie pokierować. Niestety, spotkał się z odmową. Coraz trudniej było utrzymać rodzinę, ojciec ulokował swoje biuro w pokoju córki, rodzina oszczędzała każdego franka.

W desperacji białostoczanin postanowił zaryzykować, zapakował do teczki książki rachunkowe i pojechał do Berna. Stanął na środku wielkiego placu, zamknął oczy i zaczął obracać się dookoła. Postanowił, że po zatrzymaniu się skieruje swe kroki do banku, który ujrzy na wprost. Tak i zrobił, dyrektora zaskoczyło wyznanie petenta, że ten nie ma żadnych własnych funduszy na rozpoczęcie inwestycji. Zaprosił jednak swych ekspertów, Zygmunt naszkicował im wizję firmy i podał kosztorys. Specjaliści byli zgodni, że jest to zamiar wielce interesujący, uznali jednak, że za takie pieniądze nikt nie zbuduję nowoczesnej fabryki. Koniec końców dyrektor banku podwoił wysokość udzielonej pożyczki i nawet zmniejszył odsetki. Wygląda to na bajkowe zdarzenie, ale po prostu obie strony doceniły się wzajemnie.

Fabryka Stankiewicza powstała w 1954 roku w Gümligen, nazywała się „Licht und Form”, miała ładny znak firmowy. Zaczęły napływać zamówienia, bo oferta była rzeczywiście atrakcyjna, ceny niższe. Właściciel zastosował daleko posuniętą mechanizację i system ułatwiający zestawianie nowych modeli. Wyspecjalizował się w projektowaniu, produkcji i instalowaniu sufitów świetlnych, które wysyłał w dużych ilościach do Niemiec i Francji, także do Afryki. W dziesięciolecie istnienia „Licht und Form” ukazał się obszerny katalog, o Sieniewiczu pisano wówczas w prasie szwajcarskiej jako rzeźbiarzu i fabrykancie, który połączył te dwie pasje bez uszczerbku dla artyzmu.

Z myślą o wolnej Polsce

Sytuacja materialna Stankiewiczów poprawiła się na tyle, że Zygmunt powrócił do działalności narodowej. Zakładał komitety rocznicowe, prezesował im, prowadził berneńskie koło Stowarzyszenia Polskich Kombatantów. W listopadzie 1965 roku w Grenchen odsłonięto pomnik poświęcony generałowi Marianowi Langiewiczowi, którego twórcą i fundatorem był Zygmunt, a podziękowania nadesłał gen. Władysław Anders. Rok wcześniej ekspozycję Muzeum gen. W. Sikorskiego w Londynie wzbogaciła rzeźba Sienkiewicza - stylizowany Orzeł.

Były to dobre lata dla białostoczanina. W 1962 roku urodziła się córka Anna, czwarte dziecko w rodzinie Stankiewiczów. Wszyscy zamieszkali w zamku-pałacu von Ernstów w Muri koło Berna, bo teść wreszcie docenił zięcia, który z biednego żołnierza z dalekiego kraju przeformował się w gentelmana zamożnego i cieszącego się powszechnym szacunkiem. Chcę dodać, że zamek w Muri robi piękne wrażenie. Góruję nad okolicą, ma charakterystyczny dach ze zwieńczeniami, mieści 21 pokoi z obrazami i sztychami, zabytkowymi zegarami wybijającymi kwadranse i godziny. Obok pałacu stoi oranżeria, cieszy oczy pobliska wieża kościelna w stylu romańskim, a najstarsza lipa w parku ma 450 lat. Zamek ten uchodzi za najpiękniej utrzymany w całej okolicy, do czego przyczynił się walnie Zygmunt ustawiając wokół obiektu swe rzeźby. Wielkim szacunkiem cieszyła się i żona Katarzyna, wychowanka konserwatorium muzycznego, wolontariuszka prowadząca muzykoterapię w szpitalach.

Od 1968 roku Z. Stankiewicz należał do elitarnego Szwajcarskiego Towarzystwa Malarzy, Rzeźbiarzy i Architektów. Wystawiał swe dzieła w Paryżu i w Niemczech, projektował okazałe, zadziwiające instalacje artystyczne. Powstanie „Solidarności” sprawiło, że białostoczanin więcej uwagi poświęcił sprawom bieżącym, zabiegał o stworzenie Polskiej Fundacji Niepodległościowej, która miała wspierać działalność Instytutu Badań Zagadnień Międzynarodowych i Polskiego Muzeum Historycznego. Wsparli go między innymi: prof. Edward Szczepanik z Londynu (urodzony w Suwałkach, ostatni premier Rządu Polskiego na Uchodźstwie) redaktor Jerzy Giedroyć z Paryża, filozof ojciec Maria Bocheński. Od 1982 roku na zamku w Muri odbywały się sympozja poświęcone sprawom międzynarodowym, towarzyszyły im wydawnictwa. Regułą stało się też obchodzenie w tym niezwykłym miejscu wielkich rocznic narodowych, zwłaszcza 3 maja i 11 listopada.

Marzenia białostoczanina

Jestem przekonany, że bez marzeń chłopak z ulicy Wiejskiej nie wybiłby się tak wysoko. Emanowała też z niego energia, w czas rozwijał swe uzdolnienia. Wszedł do służby dyplomatycznej emigracyjnego Rządu Polskiego, utrzymywał kontakty z młodszym kolegą szkolnym Ryszardem Kaczorowskim. Dużo pisał, podróżował, rozwijał znajomości wśród Szwajcarów. W wieku senioralnym promował teorię tworzenia, mówił o niej między innymi w 1985 roku na Kongresie Kultury Polskiej w Londynie, a w 1999 roku ukazał się album Z. Stankiewicza „Schöpfung 2000 Tworzenie.”

Na maj 1982 roku na zamku Muri gospodarz przygotował wystawę poświęconą historii Polski „Za waszą i naszą wolność”. To ona dała początek wspomnianemu już Polskiemu Muzeum Historycznemu, otwartemu w oficynie pałacowej 3 maja 1984 roku, największej tego typu prywatnej placówce na świecie. Stankiewicz jeżdżąc ze swymi wystawami odwiedzał antykwariaty, kupował mapy, monety, ryciny. Z czasem brał regularnie udział w aukcjach muzealnych nabywając egzemplarze dawnej broni polskiej, zbroje i mundury wojskowe, elementy wyposażenia zamków i pałaców, chorągwie, medale, cenne książki. Muzeum stało się głośne w środowiskach emigracyjnych przyciągało i gości z Polski. Odwiedzili je między innymi premier Hanna Suchocka, prezydent Aleksander Kwaśniewski, Władysław Bartoszewicz, Leszek Moczulski. Także i rodacy, którzy przypadkowo znaleźni się w tym rejonie. Jeden z nich zostawił w księdze pamiątkowej wpis: „Panie Zygmuncie dzięki za to, że Pańskie serce bije po Polsku…”.

Pamiętam dobrze i ja godziny spędzone w muzeum Zygmunta. Było tym ciekawiej, że znalazłem tam wiele pamiątek białostockich, głównie z czasów międzywojnia i II wojny światowej.

Nie wszystko się udało

Marzyło się Stankiewiczowi otwarcie kolekcji swych prac rzeźbiarskich, akwarel i grafik w białostockim Domu Koniuszego vel Pałacyku Gościnnym. W tym celu przyjechał do swojego rodzinnego miasta w 1996 roku. Pracownik Urzędu Miejskiego poinformował go, że możliwe jest ustawienie jedynie dwóch rzeźb „Struktura kosmiczna” i „Kolumny konfrontacyjne” na osi bramy pałacowej, a ewentualnie w czasie późniejszym także pomnika „Polonia Restituta” na pobliskim rondzie.

Kiedy po raz kolejny znalazł się Zygmunt w Białymstoku okazało się, że na ustawienie rzeźb nie zgadza się konserwator zabytków, a latarnia na rondzie przeszkadza w ulokowaniu pomnika. Tak prysły marzenia, nie dokonało się przerzucenie pomostu między Białymstokiem i zamkiem Muri.

Przyznaję, że i mnie nie udało się wydać biografii Zygmunta, choć ta była już niemal gotowa. Zrobiła to prof. Teresa Zaniewska, ale niestety jej książka nie została należycie spopularyzowana w naszym regionie.

Z. Stankiewicz zmarł 27 lutego tragicznego 2010 roku. Chyba najlepiej będzie, jeśli na tym przerwę opowieść o wybitnym białostoczanie rodem z ulicy Wiejskiej. Komentarze wydają mi się zbyteczne.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie