Rozmowa z Jerzym Białobokiem, niedawno wyrzuconym z pracy dyrektorem stadniny koni w Michałowie W Sejmie odbyła się konferencja, której tematem był niejasny udział podlaskiego senatora Jana Dobrzyńskiego w zwolnieniu Pana i dyrektora stadniny w Janowie Podlaskim, a także Anny Stojanowskiej, specjalistki ANR. Nie jest tajemnicą, że był konflikt między senatorem a Panem i Panią Stojanowską. Czy Pan ma wrażenie, że ta Wasza różnica zdań mogła mieć wpływ na to, że straciliście pracę?

- Jak ja bym był o tym był przekonany w 100 procentach, to byłbym totalnie załamany. Bo jeżeli takie sprawy personalne miałyby decydować o czyjejś zawodowej przyszłości, to lepiej w takim świecie nie żyć.

Na czym polegał konflikt?

- Pan senator należał do klientów stadniny. O ile dobrze pamiętam, kupił u nas pięć koni na przestrzeni paru lat. W tym wszystkim brakowało mu trochę szczęścia.

Pierwsza klacz – Września, którą u nas kupił, była źrebna. Nabył ją za stosunkowo niedużą kwotę. Zakup później zareklamował. Okazało się, że klacz nie może mieć więcej potomstwa. Pan Dobrzyński uważał, że narośl, którą ona ma, być może pochodzenia rakotwórczego, jest tego powodem. By to potwierdzić, przedstawił zaświadczenie z Akademii Rolniczej z Lublina. Właściwie podstaw specjalnych nie było, ale ponieważ był to jego pierwszy koń kupiony u nas, zdecydowaliśmy, że wymienimy ją na inną klacz. Zabraliśmy z powrotem Wrześnię, a w zamian daliśmy inną klacz ze źrebięciem i kolejnym potomkiem w drodze.


Ponieważ zawsze wychodzimy naprzeciw klientom, pan Dobrzyński dostał w sumie za jedną klacz trzy konie.

 

Jeszcze „po drodze” kupił od nas dwa. Okazało się, że jedna młoda, około dwuletnia, klacz nie jest w pełni klaczą. Badania genetyczne pokazały, że ma jeden nieprawidłowy chromosom. To się zdarza raz na parę tysięcy osobników, ale się zdarza. W związku z tym uznaliśmy jego reklamację za zasadną. Zwróciliśmy mu koszty zakupu, a klacz wzięliśmy z powrotem.

Później pan senator utrzymywał u nas przez około dwa lata Estopę, inną swoją klacz, którą przysłał do krycia ogierem Eksternem. Urodziła źrebaka, który w wieku czterech miesięcy padł w stadninie. Był u nas taki ostry atak nieżytu górnych dróg oddechowych – rodokokozy. Padły nam wtedy trzy źrebięta, a jego było czwarte. Wówczas zażądał od stadniny zadośćuczynienia w postaci podarowania w zamian klaczki po tym samym ogierze Eksternie, będącej  w podobnym wieku. Ponieważ był to szczególny przypadek losowy, polegający na tym, że była to nagła i niespodziewana choroba trwająca trzy dni,  odmówiliśmy. Myśmy zresztą tego padłego źrebaka wysłali swoim staraniem i kosztem na sekcję do Wrocławia, która pokazała, że zwierzę padło w wyniku wstrząsu anafilaktycznego. Przy takim piorunującym przebiegu choroby niewiele dało się zrobić. Niemniej pan Dobrzyński zwrócił się do nas z pismem przedprocesowym, a później także do Agencji Nieruchomości Rolnych. Jego żądanie było bezzasadne. Jeden z punktów umowy mówił o tym, że stadnina nie odpowiada za nagłe i niespodziewane zachorowania koni i ich upadki. Senator był naszą odpowiedzią bardzo wzburzony. Jest to człowiek dosyć pobudliwy nerwowo, pod moim adresem używał nie do końca dobrych słów.


Powiedział mi, że on tej sprawy na pewno tak nie zostawi. Do moich pracowników mówił podobnie, tyle że jeszcze bardziej dosadnie. Wszystko to działo się w czerwcu 2015 r. i jest udokumentowane w pismach, które krążyły między stadniną a panem senatorem. Tymczasem nas odwołano 19 lutego, to był piątek, a 22 lutego, w poniedziałek wpłynęło pismo do sądu w Pińczowie, wzywające stadninę do polubownego załatwienia sprawy.

 

Senator zażądał od nowej dyrekcji 120 tys. zł jako zadośćuczynienia za padłe zwierzę.

- To jest 30 tys. euro. Mnie się wydaje, że jak na źrebaka czteromiesięcznego to bardzo dużo. Nie wiem oczywiście, ile są warte inne źrebięta, które ma senator.

Po tej całej awanturze, bo tak chyba można nazwać to, co Pan opowiedział, wrócił Pan do normalnej pracy. Czy spodziewał się Pan, że będą z tego jakieś konsekwencje?

Teoretycznie zdawałem sobie z tego sprawę jako człowiek, który prawie 40 lat pracował w różnych systemach politycznych. Zaczynałem w 1977 r., kiedy podobne rzeczy też się działy. Zawsze był jakiś sekretarz wojewódzki czy powiatowy, który rozdawał karty. Więc teoretycznie brałem pod uwagę, że może być jakiś ciąg dalszy. Zresztą, kiedy później zajmowałem się kwalifikacją koni podczas aukcji, to również kwalifikowałem klacz Febris należącą do pana Dobrzyńskiego. Była to wspaniała aukcja, było kilka koni-lokomotyw, które ją pociągnęły i pan Dobrzyński powinien być w sumie zadowolony z udziału swojej klaczy. On jednak był niezadowolony. Słyszałem, że próbował interweniować u Anny Stojanowskiej, żeby przesunęła Febris na wyższe miejsce .

Aż w końcu przyszedł 19 lutego

- Tak, jakoś wtedy mi się wszystko skojarzyło, że to mogło mieć jakiś związek. Bo decyzja o zwolnieniu była bardzo nagła – przez całe życie uważałem, że dobrze pracuję, co zresztą potwierdzały sukcesy naszych koni. Dopiero później z internetu dowiedziałem się, jakie były powiązania pana Dobrzyńskiego i pana Jurgiela (ministra rolnictwa, któremu stadniny podlegają – przyp. red.).

Rozmawiała: Julia Szypulska