Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Ksiądz zginął przez sedes... a może przez czarną magię

AREK
Ksiądz Tomasz Lewczuk. Jego Śmierć do dziś pozostaje zagadką

Ten wypadek do dziś pozostaje zagadką. Wierni nadal nie mogą przeboleć śmierci 38-letniego ks. Tomasza Lewczuka. Był to ulubiony kapłan młodzieży prawosławnej w Hajnówce. Właśnie przypada siódma rocznica jego śmierci.

Duchowny wraz z żoną i dziećmi 2 maja 2009 r. około godziny 21 wracał z Bielska Podlaskiego do domu w Hajnówce. Wracali z Warszawy od kolegi, również kapłana, któremu ks. Tomasz ochrzcił dziecko. Spieszyli się. Chcieli, by dzieci jak najwcześniej położyły się spać. Na kilka minut przed wypadkiem z jego telefonu wyszedł SMS, że „za chwilę będą w domu...”. Niestety, na środku skrzyżowania asfaltowej i polnej drogi ktoś postawił... muszlę klozetową.

Zapadł już zmrok, batiuszka nietypową przeszkodę zauważył w ostatniej chwili. Próbował ją ominąć, gwałtownie skręcił w lewo. Stracił panowanie nad kierownicą. Rozpędzone auto zjechało na prawe pobocze i uderzyło w przydrożne drzewo. W wyniku zderzenia duchowny stracił przytomność.

Nieprzytomny trafił do szpitala. Żona i dzieci wyszły z wypadku bez szwanku. Niestety, ksiądz nie odzyskał przytomności. 9 maja duchowny zmarł w białostockim szpitalu.

Sedes na drodze to czarna magia

Policja na zlecenie hajnowskiej prokuratury rozpoczęła śledztwo mające ustalić okoliczności śmierci kapłana. Za tragedię zaczęto obwiniać powszechne na naszych terenach... praktyki magiczne.

Na komendę policji w Hajnówce zaraz po wypadku zgłosił się Stefan K. Zeznał, że jest właścicielem sedesu, który stanął na drodze duchownego.

Jak wyjaśnił, muszla zniknęła z posesji w Istoku, która jest wspólnym dziedzictwem po zmarłych rodzicach Stefana i jego dwóch sióstr - Eugenii N. z Jagodnik i Anny W. z Białegostoku.

Tłumaczył też coraz bardziej zdumionym policjantom, że jest pewny, iż sedes na skrzyżowanie przyniosły jego siostry. Przekonywał, że chciały w ten sposób rzucić na niego zły urok, bo od lat między rodzeństwem nie ma zgody co do podziału ojcowizny.

- Skąd wzięły taki pomysł? - dopytywali funkcjonariusze.

- To bardzo proste. Poszły do szeptuchy, a ta im powiedziała, jak mi zaszkodzić - twierdził z przekonaniem Stefan K. - Po prostu stawiając sedes na rozstaju dróg i plując przez ramię, albo coś takiego. Policjantom nie pozostało nic innego, jak zasięgnąć języka co do nazwiska kobiety trudniącej się w najbliższej okolicy tego typu działalnością i szybko przepytać ją na okoliczność tragicznego zdarzenia.

Hanna B. z Rutki była przerażona, kiedy zawitali do niej policjanci. Trudno było cokolwiek z niej wydusić. Nieustannie na przemian zarzekała się, że z sedesem nie ma nic wspólnego i żegnała się znakiem krzyża. Za to mąż kobiety nie przejawiał najmniejszych skłonności religijnych i nie miał żadnej czci dla munduru. Klął jak szewc, a na dodatek nie przebierając w słowach kazał im - i tu cytat z jednej z gazet - „iść w p...du”, czyli wyjść z domu. Policjanci nie przestraszyli się męża, poprosili tylko, żeby się uspokoił, a Hannie zasugerowali dla świętego spokoju badanie na wariografie. Takie badanie objęło - na własną prośbę - obie siostry Stefana K. Efekt? Żadna z kobiet - według urządzenia - nie kłamała mówiąc, że nie mają nic wspólnego z wyniesieniem sedesu na drogę.

O tej bulwersującej sprawie zrobiło się głośno w całym kraju. Stała się ona pożywką dla mediów lokalnych i ogólnokrajowych. W Hajnówce zaroiło się od ekip telewizyjnych i dziennikarzy. Śledztwo postanowiono przenieść do Prokuratury Okręgowej w Białymstoku. Czynności w sprawie nadal wykonywali policjanci z Hajnówki, ale do pomocy oddelegowano też funkcjonariuszy z komendy wojewódzkiej.

Funkcjonariusze przesłuchali dziesiątki osób. Sprawdzali wszystkie, nawet najbardziej absurdalne tropy. Ustalili nawet, iż siostry właściciela sedesu w momencie wypadku przebywały w okolicy. Potwierdzają to namierzone przez policję sygnały ich komórek. A Anna W. i jej mąż nawet podłączeni do wykrywacza kłamstw zeznawali zupełnie co innego. Był to jednak jedynie dowód na to, iż państwo W. kłamią, ale nie iż to oni wystawili sedes na drogę. Zostały tylko poszlaki.

Innym dowodem mogła być zakrwawiona robocza rękawica, którą znaleziono w muszli. Być może ktoś się zranił przenosząc uszkodzony sedes... Ale i ten dowód jakby diabeł ogonem przykrył. Mąż Anny W. nie zgodził się na pobranie krwi. Prokuratorzy z kolei nie zdecydowali się na skierowanie sprawy do sądu. Nie byli pewni wyniku procesu poszlakowego? Śledztwo po prawie dwóch latach umorzono.

- Wsadziłbym obie siostry na kilka miesięcy do aresztu, zmiękłyby i zaczęły gadać - komentuje hajnowski policjant zaangażowany w śledztwo. - Ale prokuratorzy to zawalili.

- Policja słabo zbierała dowody - odpowiada prokuratura.

W sprawie badano jeszcze jeden ważny wątek. Mieszkanka Hajnówki, wracając tą samą trasą z Bielska Podlaskiego, dostrzegła z okna samochodu sedes porzucony w rowie. Było to właśnie 2 maja 2009 r. tylko na kilka godzin przed wypadkiem. Nie wiadomo oczywiście, kto go tam wyrzucił i czy był to ten sam przedmiot. Można było jednak założyć, że było to właśnie „narzędzie zbrodni”. Policjanci postawili tezę, iż sedes znalazł się na środku drogi z powodu głupiego żartu miejscowej młodzieży. Mogła to zrobić w drodze na zabawę w jednej z wiejskich dyskotek. Akurat był długi weekend. Jednak żadnych potańcówek w okolicy w tym czasie nie było.

Wątek młodzieży upadł, aczkolwiek do dziś, po siedmiu latach od tej tragedii, policjanci twierdzą, że to wersja całkiem możliwa. Małolaty często piją, ćpają i prawie każdy ma prawo jazdy.

- Wyobraźni nigdy im nie brakowało - ironizuje jeden z policjantów. - Póki któryś z nich, a mamy ich tu kilku, nie powie, jak wtedy mogło być, nie ze skruchy oczywiście, ale żeby przy innej okazji ratować swoje „cztery litery”, będziemy ciągle poruszać się w sferze domysłów i od czasu do czasu robić w mediach sensację, że mamy na Podlasiu ciemnotę, zabobon. I że ludzie giną z powodu czarnej magii.

- Ale tajemniczego wątku „zlecenie od szptuchy” nie można przecież wykluczyć, za dużo tu pewników - dodaje inny. - Tylko, że nas przecież nie interesują jakieś czary-mary, tylko ręce, które spowodowały zagrożenie w ruchu drogowym i w rezultacie śmierć człowieka i tragedię jego rodziny.

Nie minęło nawet siedem lat, a na trasie Bielsk-Hajnówka doszło do następnej tragedii.

Kolejna tajemnicza śmierć

18 marca po południu wracał do domu z Bielska Podlaskiego hajnowski prokurator Andrzej Russko.

Russko, notabene kuzyn ks. Lewczuka, jechał swoją skodą znaną od lat szosą przez las. Akurat gdy przejeżdżał w okolicach Hołód, nad miejscowością zerwała się silna wichura. Na maskę samochodu spadł wielki konar, rozbił przednią szybę i spadł na kierowcę. Prokurator zginął na miejscu.

Na dzień przed pogrzebem prokuratora śledztwo od bielskiej prokuratury przejęła białostocka Prokuratura Okręgowa.

- Sprawę śmierci prokuratora Russko przeniesiono do naszej prokuratury - informuje Adam Kozub, rzecznik prasowy białostockiej okręgówki. - Nikomu nie przedstawiono żadnych zarzutów, a śledztwo toczy się w sprawie wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym. Teraz zajmujący się tym prokurator będzie miał 3 miesiące na wyjaśnienie, jak doszło do tragedii.

Tu pojawił się wątek zaniedbań ze strony zarządcy drogi, czyli Podlaskiego Zarządu Dróg Wojewódzkich. Ale ze wstępnych ustaleń wynika, iż najpierw złamało się drzewo rosnące w lesie i spadając obłamało konar przydrożnego drzewa. A za to, że drzewa w lesie się łamią, zarządca dróg nie odpowiada. Chyba nikt nie odpowiada, bo leśnicy też nie mają obowiązku tego pilnować.

I w przypadku tej śmierci nie ma winnych...

Tyle suche fakty. Ale tragiczną śmierć Andrzeja Russko spowija również mgła tajemnicy. 47-letni prokurator był bowiem ciotecznym bratem księdza Tomasza. Bardzo się lubili. Mało tego, Russko mocno, ale tylko nieformalnie ze względu na bliskie pokrewieństwo, zaangażował się w wyjaśnianie okoliczności wypadku brata. Wiadomo, że twardo optował za drążeniem wątku szeptuchy. I nigdy nie pogodził się z umorzeniem tej sprawy. Jeśli dodać do tego fakt, że był jednym z nielicznych głęboko wierzących i praktykujących hajnowskich funkcjonariuszy, to jego śmierć nabiera symbolicznego wymiaru.

- Każdego dnia przed pracą zajeżdżał do soboru, modlił się i stawiał świeczkę - wspomina jego znajomy. - Są rzeczy na niebie i ziemi, o jakich nie śniło się filozofom...

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na wspolczesna.pl Gazeta Współczesna