Narnia w Puszczy Białowieskiej

    Narnia w Puszczy Białowieskiej

    Jolanta Gadek

    Gazeta Współczesna

    Aktualizacja:

    Gazeta Współczesna

    Lód skuł Siemianówkę w samą porę. Jeszcze kilka dni i amerykańscy filmowcy pojechaliby szukać zamarzniętego jeziora w górach. Aura na szczęście dopisała i dzięki temu widzowie w kinach na całym świecie od kilku tygodni oglądają białowieskie plenery w najnowszym filmie twórcy "Shreka" - Andrew Adamsona - "Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa".
    - W Polsce pogoda bywa kapryśna - mówi Marianna Rowińska, szefowa "Ozumi Films", producent wykonawczy filmu Adamsona. - Gdyby lód nie pojawił się na Siemianówce w odpowiednim czasie, mieliśmy plan "B". Zdjęcia kręcilibyśmy na Morskim Oku w Tatrach, na lotnisku koło Tarnowa lub polu pod Szczelińcem. Na szczęście Siemianówka zamarzła. Zgodnie z późniejszymi planami, nad Morskim Okiem miał być zamek czarownicy. Nic z tego nie wyszło, bo gdy pojechaliśmy kręcić zdjęcia, w Tatrach było duże zagrożenie lawinowe i zbyt mała przejrzystość powietrza.
    6 stycznia ekranizacja pierwszej części serii "Opowieści z Narnii" trafi na ekrany kin w całej Polsce.
    To słynny cykl powieściowy stworzony dla dzieci i młodzieży przez C.S. Lewisa. Opowiada on historię czwórki rodzeństwa: Łucji, Zuzanny, Edmunda i Piotra, które w tajemniczy sposób przenosi się do bajkowej krainy Narnii, by przeżyć tam wspaniałe przygody. Narnia zamieszkana jest przez niezwykłe istoty: zwierzęta mówiące ludzkim językiem, fauny i centaury. Na ich czele stoi legendarny lew Aslan. I właśnie te potwory w filmie będą biegały po zalewie w Siemianówce i wędrowały przez białowieską puszczę. Bo właśnie na Podlasiu twórcy filmu znaleźli mnóstwo plenerów imitujących bajkowa krainę Narnii.
    Puszcza w Internecie
    Jak to się stało, że amerykańscy filmowcy zainteresowali się Podlasiem?
    Otóż scenarzystą "Opowieści z Narnii" miał być Grant Major, znany na całym świecie scenarzysta, który dostał Oskara za pracę nad "Władcą Pierścieni" Petera Jacksona. Początkowo ekranizacja pierwszej części serii Lewisa miała być kręcona głównie w plenerach (ostatecznie większość zdjęć nakręcono w specjalnie wybudowanej hali w Nowej Zelandii).
    - Grant Major w Internecie zobaczył zdjęcia białowieskich dębów - mówi Marianna Rowińska. - Nie wiedział, gdzie znajduje się puszcza ani Podlasie, ale dęby tak mu się spodobały, że postanowił pojechać tam, gdzie rosną i obejrzeć je.
    Producentem wykonawczym zdjęć kręconych do filmu Adamsona była m.in. czeska firma "Stillking Films". Swego czasu pracowała tam Marianna Rowińska, która potem założyła własną firmę "Ozumi Films". Czesi, gdy dowiedzieli się, że Amerykanie chcą kręcić zdjęcia m.in. w Polsce, polecili filmowcom Rowińską.
    - Przemierzyłam sporo kilometrów w poszukiwaniu odpowiednich plenerów, zbierając dokumentację - mówi Rowińska. - Najpierw przyjechał przedstawiciel reżysera żeby sprawdzić, czy wszystko jest ok. Potem, pod koniec listopada 2001 roku, zjawił się Grant Major. Gdy wyjeżdżaliśmy z Warszawy w stronę Białegostoku, nigdzie nie było śniegu. Gdy dotarliśmy do Białowieży, biały puch grubą warstwą pokrywał ziemię, na drzewach lśniła szadź. Było pięknie. Filmowcy zachwycili się puszczą.
    Oprócz Puszczy Białowieskiej obejrzeli też plenery w Biebrzańskim Parku Narodowym, Narwiańskim Parku Narodowym i Puszczy Knyszyńskiej. Zrobili zdjęcia, nagrania. Potem je analizowali. Wrócili na Podlasie w 2003 roku. Wówczas Grantowi Majorowi towarzyszył reżyser Andrew Adamson. Znów oglądali plenery, ale tym razem mieli już bardziej sprecyzowane plany. Korzystali z uprzejmości leśników, którzy pomagali im dotrzeć w dzikie zakątki Podlasia.
    Diabeł tkwi w szczegółach
    - Szukaliśmy wtedy m.in. w Puszczy Knyszyńskiej polany do sceny, podczas której w lesie spotykają się zwierzęta - wspomina Rowińska. - Dzięki uprzejmości podlaskiej policji oglądaliśmy plenery nad Biebrzą z pokładu śmigłowca.
    Grant Major długo spacerował nad Biebrzą. Stwierdził jednak, że tamtejsze trawy mają zbyt ciepły odcień. Kraina Narnii ma bowiem zimną kolorystykę, która podkreśla jej dzikość. Scenarzysta porównywał kolor traw i trzcin z przywiezioną ze sobą paletą barw. Oprócz odpowiedniej kolorystyki wszystkie miejsca miały być nieskażone cywilizacją. W końcu stwierdził, że to nie to, czego szuka. Na prośbę Rowińskiej filmowcom towarzyszył Marek Dolecki, białostocki fotograf, który świetnie zna region i tutejsze plenery.
    - Szukali m.in. białych brzóz, które miały stać w określonej odległości jedna od drugiej: ani za gęsto, ani za rzadko - mówi Dolecki. - Pokazałem im plenery w pobliżu miejscowości Grądy-Woniecko.
    Okazało się jednak, że brzozy były za ciemne. Filmowcy szukali też "dzikiego" jeziora, najlepiej takiego, w pobliżu którego znajdowałyby się pagórki. Suwalskie jeziora nie spełniały wymogów filmowców, były zbyt "ucywilizowane". Dolecki trochę tak "na odczepnego" zaproponował Siemianówkę. Nie liczył na to, że przypadnie ona do gustu Amerykanom, bo przecież to sztuczny zbiornik, znajduje się na nim tama. Oni jednak byli zachwyceni.
    Potem jednak Grant Major wycofał się z projektu, bo zaangażował się w pracę nad "King Kongiem", Petera Jacksona. Scenarzystą "Opowieści z Narnii" został Roger Ford. Jeździł po całym świecie w poszukiwaniu plenerów. Był w Kanadzie, w USA. W końcu jednak postanowił kręcić zdjęcia w Czechach, a jeszcze więcej - w Polsce.
    Ogr i wilki na Siemianówce
    Filmowcy ponownie zjawili się nad Siemianówką 10 lutego ubiegłego roku.
    - Chcieliśmy sfilmować skuty lodem zalew. W zasięgu kamery nie mogło być żadnych ludzi - mówi Marianna Rowińska. - To był pewien problem, bo podczas wcześniejszych pobytów widzieliśmy, że jest tam pełno wędkarzy, że łowią ryby spod lodu, wjeżdżają na zalew samochodami. A Adamson powiedział jasno: na zdjęciach nie może być widać żadnych dziur w lodzie po wędkowaniu. Najbardziej zaś baliśmy się, że na lodzie pokrywającym Siemianówkę będzie widać ślady kół samochodowych.
    Na prośbę filmowców leśnicy i inne służby porządkowe pilnowały, żeby w dniu kręcenia zdjęć na zalewie nie było wędkarzy. Pobyt ekipy nad Siemianówką otoczony był ścisłą tajemnicą.
    - Obawialiśmy się, że jeśli wieść się rozniesie, przyjadą tam dziennikarze, fotoreporterzy, miłośnicy kina, gapie - opowiada Rowińska. - To mogłoby zepsuć całe przedsięwzięcie.
    Pierwszego dnia zdjęć filmowcy kręcili ujęcia z pokładu śmigłowca wypożyczonego w Czechach. Drugiego dnia szyki filmowcom pokrzyżowała mgła. Czekali do południa na lepszą widoczność. Potem operatorzy kamer przemierzali zamarznięty zalew na skuterach śnieżnych. Nakręcone wówczas zdjęcia stanowią tło pościgu rozgrywającego się w filmie.
    Nad Siemianówkę dotarł wówczas cały tabor filmowców: specjalne kontenery z pomieszczeniami dla ekipy i sprzętem komputerowym oraz poduszkowiec wypożyczony z warszawskich zakładów lotniczych. Poduszkowiec jest urządzeniem, które umożliwia bezpieczne poruszanie się po wodzie, lodzie, bagnach. Zabezpieczał on filmowców przed niepożądanymi wypadkami, podobnie jak wóz strażacki. Na brzegu nie zabrakło też karetki pogotowia oraz policyjnego radiowozu. Nie obyło się bez przygód. Poduszkowiec zepsuł się i zaplątał się w zaroślach przy brzegu. Trzeba było czekać, aż zostanie naprawiony.
    - W pewnym momencie zaczął się palić agregat stojący nie opodal kontenerów. Widocznie doszło do jakiegoś spięcia czy przeciążenia - mówi Rowińska. - W pobliżu płonącego agregatu stali strażacy i spokojnie przyglądali się płomieniom. Myśleli, że tak ma być, że to inscenizacja. Ugasili go dopiero wtedy, gdy filmowcy zaczęli krzyczeć. W sumie scena na jeziorze to największa scena, jaką nakręcono w Polsce.
    Tym razem Andrew Adamson nie przyjechał na Podlasie, nadzorował zdjęcia, które w tym samym czasie powstawały w Czechach. Ale dzięki nowoczesnym środkom techniki nadzorował pracę oglądając zdjęcia na ekranie komputerowego monitora.
    Puszcza widziana oczami dzieci
    Ekipa Andrew Adamsona nakręciła jeszcze zdjęcia w Górach Stołowych oraz na Dunajcu. Wszystkie zdjęcia z udziałem aktorów nakręcono w hali w Nowej Zelandii. Te zdjęcia nałożono potem na plenery nakręcone w Polsce.
    - Dzięki temu np. dzieci płyną na tratwie po Dunajcu oraz spacerują po Puszczy Białowieskiej, uciekają przez zmarznięty zalew - mówi Marianna Rowińska. - Wiele ujęć panoramicznych, to, co widzą dzieci idące przez las, to właśnie plenery z Podlasia. W sumie do filmu trafiło dużo zdjęć nakręconych w Polsce, znacznie więcej, niż w Czechach. Szkoda, że tak mało mówiono o tym podczas promocji filmu.
    Na Zachodzie, gdzie "Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa" są wyświetlane od połowy grudnia, film bije rekordy popularności i rywalizuje z obrazem "Kind Kong" Petera Jacksona. Z powodu olbrzymiej popularności i sukcesu kasowego zapadła już decyzja o nakręceniu drugiej części cyklu Lewisa pt. "Książę Kaspian". Nie wiadomo jeszcze, czy reżyserem filmu będzie Andrew Adamson. Zdjęcia ruszą w przyszłym roku.
    - Istnieje duża szansa, że amerykańscy filmowcy znów przyjadą do Polski. Jeśli tak się stanie, to na pewno zagoszczą również na Podlasiu - mówi Marianna Rowińska.

    Czytaj treści premium w Gazecie Współczesnej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo