Quinsy Adams w Grünbergu - opowieści Krzysztofa Chmielnika

Krzysztof Chmielnik
fot. wikipedia
Podróżujący na początku XIX stulecia przez Śląsk John Quinsy Adams amerykański polityk, przyszły prezydent USA, opisywał swoje wrażenia w listach. Jeden z nich, a konkretnie drugi, dotyczy pobytu w Zielonej Górze.

Ta na poły mitologiczna w historii miasta postać Johna Quinsy Adamsa warta jest szerszej notki biograficznej. Urodził się w 1767 roku jako syn Johna Adamsa, jednego z twórców Deklaracji Niepodległości, który został w 1796 roku drugim z kolei prezydentem USA, wygrywając wybory z Thomasem Jeffersonem. Wcześniej podczas wojny o niepodległość przebywał w Europie starając się zapewnić rodzącym się Stanom Zjednoczonym wsparcie dyplomatyczne i finansowe. Quinsy Adams mając ledwie 14 lat, został sekretarzem posła Francisa Dany w Petersburgu. Potem śladem ojca działał w Paryżu i Holandii. W1785 r. wrócił do kraju, podjął studia na Harvardzie, które skończył jako prawnik . W 1794 George Washington mianował go posłem w Holandii, a po objęciu przez ojca prezydentury w 1796 roku został ministrem pełnomocnym w Prusach i w 1797 przybył do Berlina. Nudził się jednak w stolicy Prus, a ponadto jego żona nie przepadała za klimatem miasta. Udał się więc latem 1800 roku w podróż na Śląsk. Podroż miała charakter nie tylko krajoznawczy, ale i handlowo-wywiadowczy. Z podroży tej pisał listy do brata Thomasa. Nie miał intencji ich publikowania, ale zgodził się na publikację, która wywołała sporo kłopotów natury „dyplomatycznej” jako, że poruszały te listy sprawy prywatne niektórych dyplomatów.

Quinsy Adams wraz z małżonką wyruszyli z Berlina do Frankfurtu nad Odrą 17 lipca o godzinie 3 i przybyli do Frankfurtu o 21, zatem po 18 godzinach. Z Frankfurtu kolejno przez Krosno, Zieloną Górę, Kożuchów, Szprotawę, Bolesławiec pojechali do Jeleniej Góry w której spędzili dwa tygodnie. W refleksjach jakimi się dzielił z przyjacielem Murrayem, doceniał uroki krajobrazów a także zauważył, iż Śląsk może dostarczać do USA sukno znacznie tańsze niż to z Anglii. Niepokoił się także możliwością produkowania cukru z buraków cukrowych, co mogłoby zagrażać cukrowi z trzciny cukrowej. I w tym celu odwiedził cukrownię w okolicach Jeleniej Góry. „Listy” wywołały burzę protestów w Prusach, które pragnęły uchodzić za państwo bogate, postępowe i tolerancyjne, a także uważały Śląsk za prastarą niemiecka krainę, a czego zupełnie nie podzielał amerykański dyplomata. A oto ciekawsze fragmenty listu drugiego dotyczącego pobytu w Zielonej Górze i jej okolicach z 23 lipca 1800 roku.

Między krosnem a winem

„Powiedziano nam we Frankfurcie, że dotrzemy do Krosna w osiem godzin, ale po czterech, czyli o piątej po południu, byliśmy dopiero w połowie drogi. Dotarliśmy do Krosna 3o minut po północy. Kręciliśmy się tam do piątej, a do Zielonej Góry dotarliśmy między dwunastą a pierwszą w południe. Kraj, przez który jechaliśmy jest podobny do tego między Frankfurtem a Berlinem lub między Berlinem a Hamburgiem. Tyle tylko, że głębsze są wąwozy, węższe drogi i częściej gałęzie sosen zwisają nad drogą.

Zielona Góra liczy około pięciu tysięcy mieszkańców, którzy żyją z produkcji sukna i z uprawy winorośli. Nie ma tu wielkiego dostępu do kapitału dla rozległej produkcji. Działa za to pięć setek indywidualnych krosien, które zapewniają godne utrzymanie. Wełna jest częściowo pozyskiwana w okolicy, a częściowo importowana z Polski. Istnieją miejscowe folusze, które należą do cechu lub korporacji wytwórców i są przez nich wspólnie użytkowane; ale cała reszta procesu jest indywidualnie robiona przez tkaczy.”

Opis przerywa refleksja natury socjologiczno-ekonomicznej:

„Tam, gdzie istnieje podział pracy każdy robotnik jest tylko drobną cząstką ogromnego ciała. Robotnik jest więc całkowicie zależny od wielkiego kapitału i musi stać się jego narzędziem pracy. Setki pracowitych ludzi będzie zmuszonych pocić się za grosze aby dodać kolejne tysiące do tysięcy jednego kupca. Ale gdzie wszystkie operacje wykonywane są przez jednego człowieka lub przez niewielką liczbę ludzi, każdy pojedynczy robotnik będzie miał większe znaczenie. Będzie bardziej niezależny i bardziej pewny zysku.”

Pan i Pani Forster

„Znaczącym producentem jest tutaj Pan Forster, ale on tylko użytkuje maszyny, takie jak te używane w manufakturach angielskich i które są dobrze znane w Ameryce. Pojechaliśmy zobaczyć te maszyny w pracy. Oprowadził nas uprzejmie p. Forster, który był zachwycony wizytą rodowitego Amerykanina, pierwszego jakiego widział. Ten kraj w ogóle rzadko odwiedzają obcy, a we wszystkich krajach obcy zawsze są traktowani z najwyższą uwagą i gościnnością. Wiele lat temu doświadczyłem tego w Szwecji; a im bardziej oddalamy się od Berlina, tym mocniej to wyczuwamy. Wyrabiają w tym mieście około 25 000 sztuk sukna rocznie czterech różnych jakości. Cienka jest na pozór równie wygodna jak angielska sukno, którą zwykle nosimy na płaszcze, ale jest o pięćdziesiąt procent tańsza. Pan Forster powiedział mi, że chętnie eksportowałby sukno do Ameryki. Nie wątpię, że kupiec, który podjąłby się tego, zarobiłby sporo. Teraz wysyłają sukno do Polski, Rosji, Hamburga i Berlina.

Ich wino jest o wiele bardziej niepewnym źródłem zysku. Cała okolica otaczająca miasto jest porośnięta winoroślą, a w sprzyjających latach zbiera się dość wina. Nie tylko na własny użytek, ale także w dużych ilościach na eksport. Ale Bachus uwielbia łowić ryby w cieplejszym klimacie niż tutejszy. Sroga zima zabija winorośle, które trzeba sadzić dużym kosztem. Jeśli zakwitną zbyt wcześnie, zmarzną. Jeśli zbyt późno, trunek zamienia się w ocet. Wystarczy zimna noc późną wiosną lub wczesną jesienią, aby zniszczyć połowę zbiorów.

Zauważyłem też, że tutejsze obyczaje są odmienne od tych, do jakich przywykliśmy w Berlinie. Dotyczy to w pewnym stopniu ubioru kobiet. Noszą one charakterystyczny rodzaju płaszcza i diademy z czarnego aksamitu, obszytego z obu stron gazą lub koronką, co daje ładny efekt. W ich ubiorze jest wielka prostota, a strój bogatych, różni się od ubioru biedniejszych jedynie wytwornością. Pani Forster, żona wspomnianego pana, była ubrana w sztywny żakiet i suknię z białym fartuchem. Sama wręczała nam ciastka i wino na poczęstunek, do czego oboje namawiali nas z wielką życzliwością i serdecznością. On sam wydaje się być wielkim politykiem i czyta gazety. Uczucia narodowe, niechęć do Austrii i przychylność do Francji były bardzo widoczne w jego rozmowie. W manierach i rozmowach tych osób, ogólnie rzecz biorąc, znaleźliśmy szczerość, serdeczność i dobry charakter, prawdziwie republikański, który tak cenimy. Mówią z otwartością i wolnością o własnym rządzie, który wychwalają i obwiniają zgodnie z tym, co uważają za stosowne.”

I znowu refleksja, tym razem natury politycznej.

„Ponieważ jesteśmy tutaj niedaleko granic Polski, czyli kraju, który teraz nazywają Prusami Południowymi, słyszymy co nieco o administracji w tym kraju, która nie jest pozbawiona nagany. Umieszczono tam wielu oficerów, którzy traktują Polaków jak naród podbity i pracowicie trudzą się, by nałożyć im jarzmo, zamiast złagodzenia, do czego skłania każda zasada dobrej polityki.”

To koniec listu z Zielonej Góry. Następny napisany został w Kożuchowie 24 lipca.

Kosz owoców

„Przybyliśmy tu dziś rano z Zielonej Góry, zbaczając z wygodnej drogi do Wrocławia, aby udać się do Jeleniej Góry. Miałem list do hrabiego Kalkreutha, który tu mieszka i który ma piękną bibliotekę; ale hrabia wyjechał. Nie mogliśmy zdobyć koni i musieliśmy tu zostać do rana. Na szczęście zjawił się miejski urzędnik, który nas ugościł kolacją a na drogę dał kosz pełen owoców.”

List z Kożuchowa kończy się uwagą: „Okolicznością, która nie może umknąć uwadze obcego, wjeżdżającego na Śląsk z Elektoratu, jest widoczna zmiana w zakresie wyższej jakości obsługi w gospodach, przy jednocześnie niższych cenach. W karczmach znajdujemy drukowaną gazetę wywieszoną na drzwiach każdego pokoju i ceny na każdy element obsługi, których karczmarze nie mogą przekroczyć. Właśnie płaciliśmy po dolarze za bardzo złe obiady we Frankfurcie, a w Grünbergu płaciliśmy tylko jedną trzecią za bardzo dobry. Warto o tym wspomnieć, bo to pokazuje, jak dobrze ta prowincja nadaje się na kraj produkcyjny.”

I tyle o Zielonej Górze w listach Johna Qiunsy Adamsa. I jak sami Szanowni Czytelnicy przyznacie, nie jest tego dużo. „Listy ze Ślaska” w drugiej części, po listach relacjonujących podroż, zawiera refleksje natury historycznej, a dotyczące Śląska. To ciekawa lektura warta oddzielnego tekstu.

OPOWIEŚCI KRZYSZTOFA CHMIELNIKA

CZYTAJ CHMIELNIKA RZECZ O ANIELI KRZYWOŃ:

Eko pracownia w Zespole Szkół w Niebocku

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Quinsy Adams w Grünbergu - opowieści Krzysztofa Chmielnika - Gazeta Lubuska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na wspolczesna.pl Gazeta Współczesna
Dodaj ogłoszenie