Seks i pijaństwo. Cała prawda o...

Zbigniew Górniak [email protected]
Po szkoleniu nadchodzi wieczór, upojna noc, a potem niestety poranek...
Po szkoleniu nadchodzi wieczór, upojna noc, a potem niestety poranek... kadr filmu "Wyjazd integracyjny"
Udostępnij:
A w drzwiach stado wynajętych gołych panienek. Miały na sobie wyłącznie makijaż, szpilki i włosy, a i tak tylko te na głowie. A między nimi ministrowie, szychy z rządu, gazet i... generał Jaruzelski.

Po szkoleniu obiad, potem dalsze szkolenie, aż nadchodzi wieczór. Wtedy ognisko, kiełbaski, śpiewy. No i bomba! Rano kac, czasem wstyd, nierzadko kłopoty. O czym mowa? O wyjeździe integracyjnym. Owym fenomenie polskiego przaśnego kapitalizmu, rozsławionym ostatnio głośnym filmem pod takim samym tytułem.

Mimo że film okraszony gwiazdami jak choinka bombkami, znawcy kręcą nosami, że szmira, popelina, schemat. Lecz publika i tak wali do kin w setkach tysięcy, zaśmiewając się z pijanego Frycza, biegającego po hotelu w damskich ciuchach czy równie pijanej Figury trzaskającej pejczem - w stroju sado-maso.

Jeden z bileterów w kinie Helios usłyszał po projekcji, jak nadąsana żona wyrzuca mężowi: "Teraz wiem, jak to wygląda. Wybij sobie z głowy kolejne wyjazdy!".

Kto się z kim integruje?

Jeśli wyjazd integracyjny trwa dłużej niż jeden dzień, to rano jest prostownicze piwo i zajęcia w terenie. Paintball, wspinaczka po drzewach, rzut beczką, szukanie butelki z listem (czasem jest nim wezwanie prezesa do wydajniejszej pracy) lub walka w dmuchanych skafandrach - wszystko zależy od stopnia aktywności szefa. Jeśli szef mocno adrenalinowy, musisz się pocić i ty. W międzyczasie - polewanie z rękawa.

Wieczorem kolejny grill. Kolejna bomba. Rano kolejny kac. Pytanie zasadnicze: czy wyjazdy integracyjne rzeczywiście integrują?

- Owszem, grupowe wyjazdy wszelkiego typu zawsze mają charakter integracyjny, przy czym w trakcie wyjazdu okazuje się, że integracja dotyczy zupełnie innych konfiguracji - mówi prawnik dr mec. Aneta Kuziara, specjalistka od rozwodów.

I ma na to kilkanaście teczek dowodów.

- W tylu sprawach przewinął się motyw wyjazdu integracyjnego jako jednej z przyczyn rozpadu związku - mówi pani mecenas. - Przykład. Ona pojechała na imprezę firmową. Duża spożywcza firma. Supermarkety. I się zakochała w panu z innego sklepu. To było tuż przed Bożym Narodzeniem, impreza jako nagroda za pracę. Święta jakoś jeszcze przemęczyła z mężem, ale na sylwestra pojechała już z nowym partnerem. I nie wróciła. Mężowi zostawiła dziecko.

Te niepowroty zdarzają się już czasem od razu po wyjeździe integracyjnym.
- Mąż mojej klientki pojechał na imprezę integracyjną i wrócił dopiero po miesiącu, i to tylko po swoje rzeczy - mówi pani adwokat.

Ale na imprezie integracyjnej namiętność niekoniecznie musi być skierowana do pracownika tej samej firmy. Czasem uczestnicy mocniej integrują się z otoczeniem.

Restaurator, prowadzący dwa lokale: - Uwielbiałem, gdy w mojej knajpie urządzano imprezy integracyjne, bo to dobra i niekłopotliwa kasa. Najbardziej hulaszcze były panie z branży farmaceutycznej. Tam duże pieniądze, więc konkurencja mordercza. Kobitki chcą potem odreagować. Jak? Dwa razy zdarzyło mi się mieć na zapleczu stosunek seksualny.

Mec. Aneta Kuziara: - Pewna pani na imprezie integracyjnej nie zwracała uwagi na kolegów z pracy, lecz od razu zakochała się w prowadzącym imprezę didżeju. Teraz trwa spór o ustalenie ojcostwa. Ileż ja się musiałam nasłuchać pikantnych szczegółów o tamtej ich przygodzie. Czasem czułam się jak psycholog albo seksuolog. Bo on tłumaczył, że ze względu na, mhm... wyrafinowaną specyfikę tego aktu płciowego absolutnie nie mogło dojść do zapłodnienia.

Czy seks na wyjazdach integracyjnych to efekt planowanej premedytacji czy może poryw chwili? Skutek wywołanej alkoholem słabości, po której się ma kaca i problemy?

- Trudno powiedzieć, bo przecież nikt nie prowadzi na ten temat badań - odpowiada dr Piotr Pośpiech, wzięty opolski seksuolog. - Ale muszę przyznać, że niektórzy starannie się do tego wyjazdu przygotowują od strony, że tak powiem, erotycznej. Gdy pacjent prosi mnie o viagrę lub cialis, na ogół stara się to uzasadnić nie swoją impotencją, lecz wyzwaniami, jakie go czekają w łóżku. I nagminne jest właśnie powoływanie się na zbliżający się wyjazd integracyjny. Miałem nawet pacjenta, który był w roli podwójnej. Przyszedł po viagrę, bo jako aktor filmów dla dorosłych jechał na imprezę integracyjną branży porno.

Z kierownikiem na kolanach

- Wyjazdy integracyjne to typowo polska specyfika - mówi Piotr Szyszko, znany bardziej pod pseudonimem "Żółty" albo "Agent", bo kiedyś współorganizował to telewizyjne reality show. Dziś jako właściciel firmy "Hero" (Bohater) prowadzi imprezy integracyjne dla największych polskich firm.
- Wyjazdów integracyjnych nie ma na Zachodzie. Niemcy wolą wydać firmowy socjal na konkretne dodatki do urlopów - dodaje. - Czechy i Słowacja też nie znają tego pojęcia, nie mówiąc już o wschodzie, bo tam w fabrykach jak za cara.

A w Polsce oddziały dużych koncernów, na przykład Reala czy Castoramy, wręcz ścigają się w organizowaniu wyjazdów. To obowiązek prezesów, są z tego rozliczani. Więc obecność dla pracowników też obowiązkowa. W koncernach awans dyrektora bywa uzależniony od tego, jak atrakcyjny zrobił wyjazd. Przy czym obowiązuje zasada: jak największy wypas za jak najmniejszą cenę.

Znawcy tematu potwierdzają: owszem, za granicą pracownicy spotykają się na uroczystych kolacjach firmowych, ale nigdzie nie ma takiego przepychu jak w Polsce. Dobre hotele, luksusowe ośrodki. Atrakcyjne miejscowości. Quady, paintballe, ściany wspinaczkowe, spływy, tańce, hulanki, swawole, a do tego tłusty katering i otwarty bar.

- Integrującym się pracownikom organizuję czas w sposób aktywny - mówi Szyszko. - Spływy, szukanie terrorysty, skarbu albo off road, to znaczy rajdy po błocie i bezdrożach rurkowcami, czyli specjalnymi pojazdami, na które niebawem mocno postawię. Ale przecież wiele wyjazdów integracyjnych to także szkolenia.

To szkolenie, zwane też modnie kołczingiem (od ang. coach - trener), to najczęściej tylko uzasadnienie wieczornej balangi. Że niby najpierw pożyteczna praca, a dopiero potem zabawa. Pisywałem teksty dla trzech różnych koncernów medialnych plus telewizja i radio, więc się tego naoglądałem. Ostatnio musiałem trzymać na kolanach 10 lat starszego kolegę.

W ramach "otwierania się na drugą osobę" opowiadaliśmy sobie o swych podróżach marzeń. Oczywiście robiliśmy to na odczepnego, bo nozdrza drażnił nam dobiegający z kuchni zapach obiadu. Nasz kołcz też poruszał łakomie nozdrzami.

- Zgoda, 95 procent tej działalności to alibi dla ochlajstwa - przyznaje Szyszko. - Ale są też bardzo profesjonalne firmy, których szkolenia wyglądają jak niewinna integracyjna zabawa, a tak naprawdę są niczym innym jak śledztwem.

To śledztwo ma na celu wytypowanie prawdziwych liderów i sprawdzenie, czy dotychczasowi nadal nadają się do przewodzenia grupie. A potem przekazanie tego dyskretnie szefom firmy. Może zatem trzymając na kolanach kolegę i opowiadając mu głodne kawałki, warto zrobić dobrą minę do złej gry, bo od tego będzie zależała nasza zawodowa przyszłość?

Gniew siły najemnej

Integracja nie zawsze przebiega podręcznikowo. Rafał Wietoszko, były dziennikarz nto, a potem szef "Echa Miasta" w Krakowie, przez kilka lat drżał o los swojego reportera.

- To się nawet rozniosło po Polsce, że była próba zabójstwa prezesa za pomocą tulipana - mówi Wietoszko. - No, takiej zbitej butelki.

- Tak, to ja byłem sprawcą - przyznaje Łukasz Grzymalski, obecnie pracownik "Dziennika Polskiego". - Na dodatek stało się to na pierwszej zapoznawczej imprezie. A było tak, że ja, prosty, młody chłopak z biednej rodziny, dostałem propozycję pracy w medialnym koncernie. Stały etat, biurko w centrum Krakowa, laptopy, komóry, szmery, bajery...

No i to zaproszenie do luksusowego ośrodka na imprezę integracyjną. Karmią mnie, skaczą wokół mnie, polewają mi. Dogadzają. Boga za nogi złapałem. I nagle prezes, który się z nami integrował przy ognisku, pyta, czy wiem, kiedy startujemy z gazetą.

Grzymalski nie wiedział, bo jest z natury raczej taki hipisowaty i kalendarz nigdy nie był jego mocną stroną. Więc szczerze to prezesowi wyznał.

- I wtedy usłyszałem: ty już dla mnie nie pracujesz. O żeż, w mordę, a więc to tak? Uświadomiłem sobie, że mimo tej integracji jestem dla tego faceta tylko pionem. Poczułem okrutny gniew najemnej siły roboczej! I jakoś tak złapałem za tę butelkę. I się zamachnąłem. Ale jej nie rozbiłem na jego głowie, z tym tulipanem to już była plotka.

Reporter dotrwał jednak w firmie do pierwszego numeru gazety, a nawet do jej numeru ostatniego. Bywał też na kolejnych zakrapianych imprezach integracyjnych, z tym, że sadzano go już z dala od szefów.

- Prezes powiedział mi wtedy, że lubi takich jak ja, bo sam taki jest - mówi Grzymalski. - Sprytnie wybrnął. Choć wiedziałem, że i tak długo obowiązywała tajna instrukcja, żeby mnie zwolnić przy pierwszej okazji.

Wyjazdy integracyjne to już cały przemysł. Opracowano nawet zestaw porad, jak się zachować na imprezie integracyjnej:

- Uważaj, szef cię obserwuje.
- Nie kradnij jedzenia i nie upijaj się.
- Nie przesadzaj z brylowaniem w towarzystwie.
- Nie narzucaj się koleżance z pracy.

To tylko niektóre z porad. Niby głupio banalne, choć przecież warto znać umiar.
Z komunikatu policji: "Z Zalewu Sulejowskiego wyłowiono zwłoki 30-letniego mężczyzny, mieszkańca Łodzi. Ciało znajdowało się kilka metrów od miejsca, w którym ofiara weszła lub wpadła do wody. Mężczyzna wraz z grupą innych pracowników znanej firmy farmaceutycznej przebywał w jednym z hoteli, gdzie zorganizowano imprezę integracyjną".

Panie Liroy, ile za laskę?

Piotr Marzec, czyli znany raper Liroy, od lat prowadzi z żoną Joanną firmę, która zapewnia bogatym przedsiębiorcom rozrywki na wyjazdach integracyjnych. Twardym gwoździem programu jest grupa kilkunastu zwierzęco zgrabnych dziewczyn, które wykonują taniec jamajski. Kuse spódniczki, gołe pępki, trzęsące się pośladki. Nie każdy koncernowy menago potrafi sprostać tej próbie.

- Bywało, że podchodzili do mnie i szeptali: panie Liroy, ile trzeba zapłacić, żeby pójść z taką laską? Albo próbowali dogadywać się z samymi dziewczynami. A możesz mi wierzyć lub nie, to są wybitnie zdolne uczennice i studentki. Szóstkowe, a najmniej piątkowe. Mamy wicemistrzynię świata w tańcach, mamy wybitne sportsmenki, mamy uczestniczki "You can dance" i "Mam talent".

Lecz facet, który myśli tylko jedną częścią ciała, bo po wódce mózg się wyłącza, może sądzić, że Liroy prowadzi ekskluzywną wyjazdową agencję towarzyską. Dlatego od pewnego czasu firma Liroya nie bierze zleceń w ciemno.

- Wchodzimy w firmy z polecenia lub sprawdzone - tłumaczy muzyk. - Z mojego doświadczenia, najlepiej bawią się lekarze. To jest klasa. Tam nikt mnie nie męczy, żebym z nim siedział i pił całą noc. Choć gdy widzę, że ktoś jest moim fanem i lubi mnie za moją muzykę, to jestem dla niego miły. I towarzyski.

- A ja mam najlepsze wspomnienia z integracji elitarnej ekipy Citibanku - mówi Piotr "Żółty" Szyszko. - Zrobiłem im surwiwal, zawiozłem na wyspę, rozebrałem do slipek, ubrałem w mundury i całą noc tropili terrorystów. Gdy skończyli, powiedzieli: za rok dajcie nam jeden duży namiot, bo tak się zintegrowaliśmy, że nie chcemy w osobnych.

Czasem wyjeżdża się nie po to, aby się zintegrować, lecz w nagrodę. Wiosną tego roku Piotr Szyszko spławiał ukraińskim upstrzonym krą Prutem pontony z pięćdziesiątką najlepszych w kraju sprzedawców odkurzaczy antyalergicznych.

- To była zdyscyplinowana grupa, bo wyczyn duży. Ale firmom, których pracownicy zaczną pić już w autobusie, doradzam raczej bezpieczne rozrywki - mówi Szyszko. - No bo jak masz poprowadzić na quadach grupę dwudziestu chłopa, kiedy osiemnastu jest nawalonych?

Napinka prezesów i kasjerek

Bywają firmy, które nie bawią się w pozory. Żadnych psychoszkoleń i tym podobnych tortur, żadnego ganiania w mundurach z karabinami na farbę czy skoków w workach do przerębla. Integracja ma się od razu zaczynać od tego, do czego służy.

- To znaczy od wódy i rozpusty - wyjaśnia Andrzej Sikorski, dziennikarz "Nie": - To była moja pierwsza impreza integracyjna w tej redakcji, na dodatek otwarta, bo dla ludzi z miasta. Ja, zahukany ćwok z Tułowic, zostałem zaproszony przez Urbana. Jechałem całą noc pociągiem, wchodzę do budynku "Nie", a tam już na parterze tłum. A redakcja na trzecim piętrze.

Taka była kolejka chętnych na tę integrację. A w drzwiach stado wynajętych przez Urbana gołych panienek. Miały na sobie wyłącznie makijaż, szpilki i włosy, a i tak tylko te na głowie. A między nimi ministrowie, szychy z rządu, gazet i... generał Jaruzelski.

Jednak podejście wielu firm do imprez integracyjnych jest bardziej staroświeckie.

Izabela Przepiórkowska z Opola przez pewien czas pracowała we wrocławskich oddziale Raiffeisen Banku.

- Na imprezę integracyjną w Szklarskiej Porębie można było pojechać z żoną albo mężem, a nawet z dziećmi - wspomina. - Niektórzy rzeczywiście z tego skorzystali, choć jeden z imprezowych kolegów psioczył potem, że żona na nim ten swój wyjazd wymusiła. Inni śmiali się, że wiezie drewno do lasu.
Cechą charakterystyczną niektórych imprez integracyjnych jest tak zwana menedżerska napinka. Bo skoro pan prezes wydał tyle kasy na wyjazd, z którego na dodatek rozliczy go centrala, to wszyscy uczestnicy muszą zaliczyć każdą atrakcję.

- I potem człowiek ogląda z żalem, jak pani z nadwagą i przed emeryturą skacze nieporadnie w wyścigu w workach. Bo wie, że jak nie poskacze, to się pan dyrektor pogniewa - mówi Szyszko.
Inny przykład: integracja w Szklarskiej Porębie, na którą pojechała pani Iza, była jednocześnie próbą generalną przed jubileuszową imprezą z udziałem władz banku, na którą każdy pracownik mógł przygotować swój program artystyczny.

W korporacji "mógł" oznacza "musiał", więc nagle ludzie, którym słoń nadepnął na ucho, uczyli się na gwałt śpiewu, a pokraki ćwiczyły ruch sceniczny. Najgorliwsza okazała się szefowa oddziału, która wykupiła sobie kosztowne lekcje u wziętego tancerza, a potem przez kwadrans tańczyła z pasją przed wierchuszką z Warszawy.

- Myśleliśmy, że zaśniemy, tyle trwał jej występ, ale trzeba przyznać, że babka tańczyła profesjonalnie - mówi pani Iza.

A co do filmu "Wyjazd integracyjny", to kręcono go w hotelu, gdzie przez przypadek odbywała się autentyczna impreza integracyjna. Jej uczestnicy myśleli, że ganiający nago znani aktorzy też właśnie urządzili sobie... taki wyjazd.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

m
maco
Bunga bunga -a pożniej cicho ,cicho to nie zajdziesz w ciaże
j
jasio
Przeciez to odwrocona ewolucja ,integrujacych sie powrot na drzewo .Darwin w klopocie.
P
Piotr
moja firma miala w tym hotelu wyjazd integracyjny - rewelacja !!!. Nie trzeba pisac scenariuszu wystarczy przejzec monitoring z kilku miesiecy i film gotowy ... Z tego co wiem duzo firm tam gosci na wyjazdach integracyjnych...
Przejdź na stronę główną Gazeta Współczesna
Dodaj ogłoszenie