Sokół z Podlasia

    Sokół z Podlasia

    Mirosław Sulima-Dolina

    Gazeta Współczesna

    Aktualizacja:

    Gazeta Współczesna

    Nadzieja i Bazyl Stepaniuk z dumą i radością prezentują portret swego syna

    Nadzieja i Bazyl Stepaniuk z dumą i radością prezentują portret swego syna ©M. Sulima-Dolina

    - Kim dzieci chcecie zostać w przyszłości? - zapytała pani Wiera Krawczuk swoich uczniów ze Szkoły Podstawowej w Klejnikach - Będę lotnikiem - wstał i zdecydowanie powiedział szczupły, niewysoki chłopiec. Cała klasa wybuchnęła śmiechem.
    Nadzieja i Bazyl Stepaniuk z dumą i radością prezentują portret swego syna

    Nadzieja i Bazyl Stepaniuk z dumą i radością prezentują portret swego syna ©M. Sulima-Dolina

    Tym uczniem był Rościsław Stepaniuk, pierwszy polski pilot latający na myśliwcach F-16 (nazywanych walecznymi sokołami) i obecny dowódca 3. Eskadry Lotnictwa Taktycznego w Krzesinach pod Poznaniem, która ma używać zakupionych w USA odrzutowców.
    Na świat przyszedł w Zbuczu 16 stycznia 1966 roku. Tam była porodówka.
    - Zima była mroźna tego roku. Mąż przyjechał po mnie saniami i do rodzinnej wsi Lachy wracaliśmy z naszym pierworodnym, zawiniętym w tobołek, z jednodniowym popasem u rodziny w Czyżach - wspomina Nadzieja Stepaniuk, mama pilota.
    Potem była trzyklasowa szkoła podstawowa w Horodczynie.
    Do tej szkoły chodziły dzieci z wsi Horodczyno, Lachy i Koźliki. Młodzieży było niewiele, a nauka odbywała się w tzw. łączonych klasach. Czwarty rok nauki Rościsław Stepaniuk rozpoczął w dużej szkole w Klejnikach. Tu młodzieży było więcej. Każdy rocznik grupowano w dwie równoległe klasy.
    - Rocznik 1966 był szczególny w naszej szkole - opowiada pani Krawczuk. - Zwykle w podstawówce to dziewczynki nadają ton, są pilniejsze. W tej klasie prymusami byli trzej chłopcy.
    Dwóch z nich zostało później dziennikarzami, a trzeci pilotem. W klasie równoległej uczył się Jakub Kościuczuk, obecny biskup prawosławny.
    Z uporem i dokładnością
    - To stuprocentowy pedancik - z uśmiechem opowiada o bracie Alla Sakowicz, najmłodsza siostra pilota, mieszkająca w Bielsku Podlaskim. - Do dziś sam sobie wszystko prasuje, włączając w to i skarpety.
    Rościsław Stepaniuk konsekwentnie dążył do założonego celu od pierwszych klas szkoły podstawowej. Uczył się bardzo dobrze, był koleżeński. Problemów wychowawczych nie sprawiał. Był aż za poważny jak na swój wiek. Taka jest opinia zarówno rodziców, rodzeństwa, jak i jego nauczycieli z podstawówki. Prenumerował pisma wojskowe, lotnicze i modelarskie. Sklejał modele samolotów. Cały dom był ich pełen, ale ustawiał je i podwieszał z pedantyczną dokładnością. Jego papierowo-kartonowa flota powietrzna nie tworzyła bałaganu w mieszkaniu. Wręcz przeciwnie, stanowiła jego ozdobę, a mama przyszłego pilota z dumą pokazywała ją sąsiadkom.
    Przy tak obranym kierunku przyszłej kariery ważne były warunki i sprawność fizyczna. Niestety, we wczesnej młodości nasz as lotnictwa był chucherkiem. Wprawdzie był bardzo sprawny fizycznie i zdrowy, ale drobny i niski. Rosnąć zaczął dopiero w Liceum Lotniczym w Dęblinie jako nastolatek. Obecnie mierzy 176 cm wzrostu.
    Nauczyciele zasugerowali, żeby podciągał się na drążku i wykonywał inne ćwiczenia wzmacniające i rozciągające. Do dzisiaj rośnie jabłoń na rodzinnym podwórku w Lachach, na konarach której Rościsław Stepaniuk ćwiczył siłę rąk. Zamontował też w futrynie drzwi drążek. Jego dwie siostry, Alla i Raisa, siadały przy stołeczku i przytrzymywały ułożone na nim stopy, a Rostek ćwiczył mięśnie brzucha. Gdy inni jechali na łąkę rowerami przepinać uwiązane na łańcuchach krowy, drobny chłopak z Lach wolał to robić biegnąc. Wieczorami też biegał.
    Po powrocie ze szkoły do domu przebierał się, ubranie składał w kostkę, odrabiał lekcje i dopiero zasiadał do obiadu.
    - Taki się widać zarodził - z uśmiechem, ale i dumą opowiada o synu Nadzieja Stepaniuk.
    Skromny i skryty
    Koleżeński w szkole, uczynny w domu. Pomagał i wyręczał rodziców w wielu obowiązkach stosownych do swego wieku, ale i pilnował, żeby siostry też nie próżnowały. Przypominał im o ich obowiązkach domowych i jako starszy brat potrafił skarcić. Alla wspomina go jednak jako dobrego brata. Nigdy nie odmówił pomocy w lekcjach, zwłaszcza z przedmiotów ścisłych. Tłumaczył, aż same dochodziły do rozwiązania zadania czy zrozumienia problemu.
    Miał problemy z ortografią. Potrafił dostać piątkę z wypracowania za treść i jednocześnie dwóję z ortografii. Nauczycieli mieli wówczas możliwość takiego oceniania. Maturę z języka polskiego zdał jednak na piątkę, z angielskiego był bardzo dobry, znał rosyjski, a jako samouk, już w późniejszym okresie, opanował też język niemiecki.
    - Zawsze był bardzo skryty i skromny - opowiada siostra pułkownika. - Nawet mama, żeby coś od niego wyciągnąć, musiała prosić, żeby tata z nim porozmawiał.
    Nawet zainteresowanie sąsiadek jego modelami samolotów do tego stopnia go krępowało i irytowało, że w końcu z wielkim żalem zniszczył swoją flotyllę. I zlikwidował problem z nadmierną, jego zdaniem, popularnością.
    Do Dęblina przez gazetę
    Gdy nadszedł czas wyboru szkoły średniej, Rościsław Stepaniuk nie miał żadnych wątpliwości. Kłopot w tym, że jego nauczyciele ze szkoły podstawowej nie mieli pojęcia o istnieniu Liceum Lotniczego w Dęblinie. Adres szkoły i informację o terminach egzaminów ich uczeń wynalazł w jednym z prenumerowanych przez siebie pism. Na egzamin pojechał wraz z ojcem. Nadal jeszcze był skromnej postury i ludzie we wsi kręcili z niedowierzaniem głowami. No bo jak takie chucherko ma bronić w przyszłości naszych granic?
    Ale tu już poszło naszemu bohaterowi jak po sznurku. Egzaminy zdał, był pilny i obowiązkowy. Składanie ubrań w kostkę przećwiczone już miał od wczesnego dzieciństwa. W liceum zmężniał, urósł, nabrał pewności siebie.
    Dalszy ciąg kariery był oczywisty dla niego. Wyższa Szkoła Lotnicza w Dęblinie, potem Wyższa Szkoła Dowodzenia Sztabu Generalnego w Warszawie, dalsza nauka w Anglii i wreszcie nauka dowodzenia i pilotażu myśliwców F-16 w USA. O tym już gazety rozpisywały się bardzo obszernie.
    Czterdziestolatek o końskim zdrowiu
    Paradoksalnie ten nieco powolniejszy wzrost i ćwiczenie ciała od wczesnego dzieciństwa zaowocowały w dojrzałym życiu pułkownika Stepaniuka znakomitym zdrowiem. Stan zdrowia pilotów F-16 musi być nieskazitelny. Ogromne prędkości i panujące przy tym przeciążenia odsłonią każdy mankament. Problemem może być nawet zrośnięte i dawno zapomniane złamanie.
    Po promocji na oficera lotnictwa późną jesienią 1987 roku Rościsław Stepaniuk miał poważny wypadek samochodowy. Jechał dużym fiatem po swoje rzeczy do Dęblina. W trudnych warunkach drogowych wpadł w poślizg i na drzewie doszczętnie skasował wzięty od ojca samochód. Auto praktycznie owinęło się wokół pnia drzewa przed Dęblinem. Jakimś cudem świeżo upieczony oficer zastał odrzucony na tylne siedzenie i dzięki temu przeżył wypadek. Jechał sam i miał tylko lekko stłuczoną i otartą goleń. Inaczej jego kariera pilota mogłaby stanąć pod znakiem zapytania.
    - Ja to myślę, że uchroniła go ikonka, którą mu wtedy dałam na drogę - ze łzami w oczach przypomina wypadek matka pilota.
    To rzeczywiście był cud. Przedstawiciele firmy ubezpieczeniowej przy oględzinach byli zdumieni i zaskoczeni.
    Obecnie zdrowie i umiejętności pułkownika Rościsława są jeszcze cenniejsze niż wówczas. Samo wyszkolenie go w USA kosztowało około 2 mln dolarów.
    Orzeł na "Jastrzębiu"
    Wokół przylotu "Walczących Sokołów" (od ang. Fighting Falcon powstał skrót F-16) powstał w Polsce ogromny szum medialny. Awaria F-16 nad Atlantykiem, przylot na raty przez Islandię i Szkocję. To była pożywka dla gazet i temat na pierwsze strony. Nasz bohater w tym czasie już od dwóch tygodni przebywał w Poznaniu. Do rodziców zadzwonił 22 października o 10 rano, że już jest w Polsce. Pechowe myśliwce pilotowali amerykańscy piloci. Natomiast na uroczysty przylot dwóch myśliwców w Dniu Niepodległości nasz as przestworzy wyjechał do Niemiec i stamtąd przechrzczonym na polskiego "Jastrzębia", wraz z drugim myśliwcem prowadzonym przez pilota amerykańskiego, wylądował na lotnisku w Krzesinach. Energicznie wysiadł ze swej maszyny, powitał go prezydent RP. To była historyczna chwila i dla pilota, i dla naszego lotnictwa. Prowadziła do niej długa, trudna, pełna wyrzeczeń i pracy droga.
    W tej chwili Rościsław w randze pułkownika jest dowódcą 3. Eskadry Lotnictwa Taktycznego w Krzesinach, a zarazem jedynym polskim pilotem, który ukończył szkolenie na myśliwcach F-16.
    Zakupione w Stanach Zjednoczonych "Jastrzębie" będą sukcesywnie docierać do Polski, ale obecnie pułkownik Rościsław Stepaniuk nie ma towarzyszy do latania. Jest i dowódcą, i jedynym wyszkolonym na F-16 pilotem w swojej eskadrze.

    Czytaj treści premium w Gazecie Współczesnej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (4)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (4) forum.wspolczesna.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo