Tomasz Bagiński: Zakładam najgorsze, ale mam nadzieję na najlepsze

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Piotr Smolinski
Bardzo kibicuję Jankowi Komasie. To jest znak czasu, że jego film mógł oficjalnie zostać zgłoszony do wyścigu oscarowego i Bogu Dzięki, jurorzy ten film wybrali, a nie znowu jakieś wspominki sprzed stu lat - Tomasz Bagiński w rozmowie z Anitą Czupryn mówi o pracy nad serialem „Wiedźmin", o polskim kinie i o tym, co mu dała nominacja do Oscara.

Ta fryzura! Ten wyraz twarzy! Ta kamizelka! Jeżeli ten gość 20 lat później może być producentem Wiedźmin Netflix, to nie ma rzeczy niemożliwych – napisał Pan na Facebooku kilka dni temu, z okazji swoich urodzin, zamieszczając jednocześnie „żenujące” zdjęcie z młodości. Potrafi Pan dziś powiedzieć, jak to się stało, że jest Pan dziś jednym z najważniejszych producentów w jednej z najbardziej znanych platform streamingowych jaką jest Netflix?

Aż tak daleko tego nie widzę i nie opisywałbym siebie, że jestem jednym z najważniejszych producentów. Myślę, że jest ich dużo, dużo większych i ważniejszych ode mnie.

Jasne. Ale na Pana korzyść przemawia ogromna popularność, jaką zyskał i zyskuje serial „Wiedźmin” na całym świecie.

Jest też kilka innych dużych i popularnych seriali. Zakładam, że wielkim producentem to może będę kiedyś. Na razie jestem na drodze. A co do wpisów na Facebooku, to wszystkie moje wpisy należy traktować z lekkim przymrużeniem oka.

Tak też potraktowali Pana wpis i zdjęcie z młodości znajomi, dodając przy tym memy z innym zdjęciem, o którym było głośno parę lat temu i obiegło ono internet. Mówię o zdjęciu czterech chłopaczków w obciachowych sweterkach siedzących przy stole przykrytym foliowym obrusem w kratkę. Potem okazało się, że wszyscy robią kariery w branży IT, jeden z nich pracował dla Google, by następnie zostać inżynierem SpaceX i wysyłać kosmonautów na Marsa.

Tak, to bardzo znany mem (śmiech).

W głębi serca spodziewał się Pan, że serial „Wiedźmin” stanie się tak wielkim sukcesem Netflixa, że ludzi opanuje wiedźminomania?

Bardzo się cieszę, że tak się stało. Miałem nadzieję, że uda się ten serial zrobić na takim poziomie, żeby widzowie rzeczywiście go zaakceptowali i polubili. Udało się, ale nie jest tak, że ja się tego spodziewałem. Takie myślenie jest błędne – ja miałem nadzieję. Zawsze mam nadzieję na najlepszy możliwy wynik i staram się o ten wynik zawalczyć najlepiej jak się da. Ale potem wszystko weryfikuje rzeczywistość. W tym przypadku udało się osiągnąć, że rzeczywistość zweryfikowała to pozytywnie. Ponieważ jednak nie mam absolutnej kontroli nad takimi sprawami, więc nie próbuję się spodziewać i się nie spodziewam. Zawsze zakładam najgorsze, ale mam nadzieję na najlepsze. To znany cytat z popularnej książki; często go powtarzam, bo wydaje mi się zdrową maksymą na życie.

Co dla Pana było najtrudniejsze w pracy nad serialem?

O rany! Nie ma jednej takiej rzeczy. Każdy dzień przynosi nowe wyzwania. W trakcie pracy nad pierwszym sezonem „Wiedźmina” było sporo trudnych, ale było też dużo fajnych momentów. Te trudne z reguły szybko wyrzucam z pamięci, one nie zostają ze mną. Jeśli więc pyta pani, co było najtrudniejsze, to… nie wiem. Pytanie zakłada jakąś gradację. Akurat dzisiaj wydawać by się mogło, że trudna jest jedna rzecz, a za tydzień być może odbierałbym to inaczej. Wszystko, co było trudne, czegoś po drodze uczy. Były więc sytuacje niełatwe, psychiczne napięcia, które się pojawiają, bo trzeba było bardzo długo utrzymać entuzjazm dla tego projektu. Przecież ja z tym projektem chodziłem wiele lat.

Wiem o tym. Chodził Pan od Annasza do Kajfasza, latał do Stanów, przecierał szlaki.

Musiałem bardzo długo utrzymywać w głowie wiarę, że coś z tego wyjdzie. A to jest pewien wysiłek psychiczny, który trzeba wykonać. Kiedy już kilka razy przejdzie się taką ścieżkę, to też się nabywa pewnej umiejętności, która później się przydaje. Nie wiem więc, czy można powiedzieć, że to było najtrudniejsze, najgorsze. Porównałbym to raczej z ćwiczeniem na siłowni – na początku ćwiczenia są bolesne i męczące, ale z każdym kolejnym ćwiczeniem jest nam potem łatwiej, prawda?

A potem nawet zaczynamy je lubić.

A potem, kiedy nam te ćwiczenia wychodzą i ten stres, jakiemu jest poddawane nasze ciało, zaczyna nam sprawiać przyjemność. Podobnie z „Wiedźminem”; stresu było bardzo dużo i kosztował mnie on wiele nieprzespanych nocy, ale z drugiej strony był to ciekawy, dobry trening, zwłaszcza, kiedy potem widać, że coś wychodzi, że się udaje. Zresztą, na fizycznym poziomie ta praca też była wymagająca – w ubiegłym roku w maju, w Budapeszcie, kiedy mieliśmy bardzo nieprzyjemną wiosnę, cały czas padało, cały czas było błoto, było ciężko. A mieliśmy dużo nocnych zdjęć. Nocne zdjęcia są bardzo męczące fizycznie, bo jest po prostu zimno. Wszystko to było więc wymagające fizycznie, ale z drugiej strony, paradoksalnie wtedy człowiek się wzmacnia. Kiedy teraz wychodzę ze swoją łysą głową na mróz, to specjalnie się tym nie przejmuję, bo już się przyzwyczaiłem. Mam świadomość, że mało konkretnie odpowiedziałem na pani pytanie, ale tak właśnie w tym momencie myślę. Nie było jednego trudnego momentu, jakiejś jednej najgorszej rzeczy. To jest proces.

Owszem, ale zdaję sobie sprawę z tego, że kiedy człowiek podejmuje jakieś wyzwanie, to i w trakcie tego wyzwania przychodzą nowe, nie wszystko zawsze układa się idealnie.

Taka jest natura tej pracy. OK, „Wiedźmin” to bardzo duży projekt, największy, w którym do tej pory byłem zaangażowany, ale trochę tych rzeczy w życiu zrobiłem. Były mniejsze, może mniej ambitne, choć na swoje czasy posiadały ambicje; w końcu parę nagród udało mi się wygrać, parę ciekawych rzeczy, które ludzie do dziś wspominają, udało mi się zrobić.

No pewnie. „Katedra” przede wszystkim i nominacja do Oscara!

Chociażby. Istotą tego zawodu jest więc to, że codziennie może się coś posypać, że jest stres, bo coś się wali na głowę i trzeba rozwiązywać problemy codziennie. W którymś momencie osiąga się taki etap, kiedy nie do końca się do tych problemów przywiązuje uwagę, bo to przecież normalne, że są jakieś kłopoty, że coś się nie udaje. Jak pojawiają się problemy, to każdy taki problem rozbija się na części pierwsze i zazwyczaj daje się go bardzo łatwo rozwiązać. Nie ma więc kryzysu, który powodowałby, że człowiek siada załamany i się poddaje. Gdyby tak było, to nie doszedłbym do miejsca, do którego doszedłem. Na szczęście mogłem potrenować na mniejszych rzeczach. To jest podejście, powiedziałbym, branżowe, bo większość ludzi, których tu spotykam, ma takie właśnie podejście, a ono wynika z pewnego obycia w tej branży. Jeśli wszystko się wali, to dobrze, to znaczy, że się dzieje. Nie popełnia się błędów tylko wtedy, jak się nic nie robi. A jak się nic nie robi, to nic się nie wali.

Rozpoczął Pan już pracę przy drugim sezonie „Wiedźmina”. Pojawiły się informacje, że ma w nim grać więcej polskich aktorów, że może wróci Maciej Musiał oraz że Pan jest tą osobą, która dba o słowiańskość w serialu; aby były w nim słowiańskie elementy.

Trochę już o tym mówiliśmy i było to opisywane. Owszem, są elementy słowiańskie, jest trochę tradycji w niektórych rzeczach, jakie pokazujemy. Przede wszystkim opieramy się na fantastycznej i oryginalnej prozie Andrzeja Sapkowskiego. Ale nie tylko czerpiemy ze słowiańskiej tradycji. Nie chodzi nam o film, w którym słomianowłose dziewczęta będą w białych sukniach boso biegać po rżysku i śpiewać, zawodząc.

Pochodzę ze wsi, więc wiem, że bieganie boso po rżysku jest mało przyjemne.

Też mam dużą rodzinę na wsi, więc się tu dobrze rozumiemy. Mówiąc o słowiańskości mam na myśli to, że ona ma taki trochę łatwy wytrych. Oczywiście, mnie bardzo zależy na tym, żeby jak najwięcej rzeczy związanych z Polską było w tym serialu i niedługo się okaże, jak będzie w drugim sezonie. Żadnych castingowych plotek nie mogę potwierdzać, ale jeżeli chodzi o tło kulturowe, to bierzemy też z innych kultur. Bardzo dużo bierzemy jednak z tradycji anglosaskiej, bo z niej też bardzo mocno zaczerpywał Andrzej Sapkowski. Przecież cała legenda Okrągłego Stołu i Pani Jeziora to nie jest legenda ani słowiańska, ani polska, tylko pochodząca z Wysp Brytyjskich. Jest też dużo mitów, stworów, potworów i historii wziętych z północy Europy. Andrzej Sapkowski czerpał z wielu źródeł, my też bierzemy z wielu źródeł, ale oczywiście nie zapominamy, kto napisał te książki; nie zapominamy o tym, skąd te książki pochodzą.

Niedawno rozmawiałam z panem Filipem Łobodzińskim na temat polskiej literatury; również o tym, że Andrzej Sapkowski znalazł się na liście bestsellerów „New York Timesa”. Zastanawiałam się, czy czytelnicy, którzy na całym świecie kupują teraz opowiadania Sapkowskiego, wiedzą, że jest Polakiem i czy to jest dla nich w ogóle ważne.

Myślę, że wiedzą, że jest Polakiem. W internecie jest ogromna grupa fanów, bardzo aktywnych, którzy dużo informacji na temat świata Andrzeja Sapkowskiego przekazują. Myślę, że informacje o tym, że są to książki pochodzące z Polski, że autor jest Polakiem, są dość szeroko znane i wie o tym stosunkowo dużo ludzi. Dodam, że myśmy nawet w trakcie prac nad marketingiem do serialu staraliśmy się tę Polskę podkreślać. I to jest fajne, dla wielu jest to egzotyczne, a to jest nasza, Polaków, oferta dla świata. Dlaczego więc tego nie wykorzystać, dlaczego nie zrobić z tego interesującego, popkulturowego produktu. Zwłaszcza że przecież niektórzy na sztandarach niosą polską historię, żeby ją sprzedawać na zachodzie i okazuje się, że nie jest to wcale takie trudne. Trzeba tylko robić to z sercem. I tyle.

Wydaje mi się, że Pana droga kariery wpisuje się w ostatni sukces polskiego kina. W 2002 roku Pana autorskie dzieło „Katedra” było nominowane do Oscara. Dziś mamy świetną recepcję na świecie, jeśli chodzi o „Wiedźmina”. Do Oscara został właśnie nominowany film Jana Komasy „Boże ciało”. Jak Pan to widzi? Co się zmieniło, jeśli chodzi o postrzeganie polskiego kina na świecie?

Nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie. Chyba trzeba pytać teoretyków, krytyków, którzy śledzą polski rynek. Ja akurat, jeśli chodzi o środowisko, zawsze byłem brany za outsidera, więc trochę byłem zmuszony do prób kariery za granicą. Polskie środowisko jest bardzo zamknięte, szczególnie dla młodych ludzi, nowych, wchodzących w ten biznes. Tutaj się jak na razie niewiele zmieniło, choć powoli się zmienia.

Zmienia się, zmienia. Scenariusz do „Bożego ciała” napisał Mateusz Pacewicz, który ma dzisiaj 28 lat.

Tak, powoli zmienia się ta atmosfera, coś się przełamuje, tylko, przypomnę, mamy już 2020 rok, a ja swoją „Katedrę” pokazywałem w 2001 roku. Wtedy sytuacja była zgoła inna i przebicie się z tym nie było łatwe, co zresztą jest całkowicie naturalne. Wiele grup zawodowych tak ma, że się ciężko do nich dobić i nie ma tu się co za bardzo z tego powodu obrażać. Ale w przypadku filmu było to szczególnie mocno widoczne przez jakiś czas. Teraz faktycznie sytuacja, można rzec, się zmiękcza. Być może dlatego teraz odnosimy sukcesy. Pojawiają się nowi ludzie.

Wcześniej Oscara dostała „Ida”, a nominację do tej nagrody „Zimna wojna”, dwa filmy Pawła Pawlikowskiego.

Zarówno „Ida” jak i „Zimna wojna” zostały zrobione przez człowieka, który jednak również przyszedł z zewnątrz systemu, czyli z Wielkiej Brytanii. Tam się uczył, tam zrobił pierwszy film. Mam też wiele porównań, jeśli chodzi o biznes filmowy i biznes gier, który budowany był już nie w oparciu o stary system, tylko w sposób świeży, przez młodych ludzi. Dziś w Europie jesteśmy jednymi z większych producentów gier; mowa jest o miliardowych obrotach. Ponieważ jeśli chodzi o film, to nadal mamy trochę skansen. Na szczęście mamy coraz więcej młodych ludzi, którzy ten skansen od środka rozbijają. Bardzo im kibicuję. Bardzo kibicuję Jankowi Komasie, bardzo się cieszę z tego sukcesu. Ten film w ogóle jest młody. Całkowicie młody – jest młody aktor, młody scenarzysta, młody reżyser. To jest znak czasu, że ten film mógł oficjalnie zostać zgłoszony do wyścigu oscarowego i Bogu Dzięki, jurorzy ten film wybrali, a nie znowu jakieś wspominki sprzed stu lat.

Chociaż ten wyścig będzie bardzo trudny – „Boże ciało” rywalizuje między innymi z nowym filmem Almodovara.

Z Almodovarem, ale przede wszystkim z koreańskim filmem „Parasite”, który w Stanach jest bardzo głośnym filmem, wiele osób go obejrzało i wiele osób ten film polubiło. Konkurencja jest więc wyjątkowo trudna. Niestety. Ale pamiętajmy o tym, że sama nominacja do Oscara, to dla tego filmu ogromny sukces i myślę, że fakt ten otworzy Jankowi Komasie wiele drzwi. Szczerze trzymam za niego kciuki, żeby się rozwijał i tworzył fajne, duże filmy, odnoszące międzynarodowe sukcesy.

Jak wygląda głosowanie?

Nie wiem, bo nie jestem członkiem Akademii Filmowej. Mogłem być, ale nigdy nie chciałem. Wiąże się to z robotą, którą trzeba wykonać, a ja nie mam na to czasu. Prawie wszyscy moi znajomi, którzy są członkami Akademii Filmowej, kiedy zbliża się gala rozdania nagród, zaczynają lamentować, ile filmów muszą obejrzeć, żeby zagłosować (śmiech). Pomyślałem, że sobie oszczędzę tego stresu. Ostatnio bardzo mocno angażuje mnie praca, którą mam do wykonania, a każdą wolną chwilę wolę przeznaczyć na spędzenie jej z rodziną.

W jaki sposób Oscar otwiera przed twórcami świat? Jak to było z Panem?

Nie dostałem Oscara, tylko nominację.

Wszystko przed Panem. Ale sama nominacja już te drzwi otworzyła.

Dostałem nominację, kiedy byłem bardzo młodym człowiekiem, więc nie byłem do końca na to przygotowany. Miałem też parę technicznych ograniczeń, które musiałem w kolejnych latach przejść, czyli, na przykład, porządnie nauczyć się języka angielskiego, bo to się przydaje. To, co dała mi nominacja i jest to najważniejsza rzecz, to przekonanie, że sukces jest możliwy. Dla młodego człowieka, który jest na początku ścieżki, to jest fantastyczne źródło energii. Wtedy zaczyna się wierzyć, że wkładanie wysiłku, nawet wieloletniego, jak się człowiek uprze, może doprowadzić do sensownego wyniku. To było najważniejsze z całego tego oscarowego szumu. Umówmy się – dostałem nominację w kategorii krótki film animowany, a to nie jest najbardziej prestiżowa nominacja. I nie jest tak, że producenci z milionami dolarów ustawiają się w kolejce.

Ale na pewno się zaciekawili i został Pan zauważony.

To pozwala w pewien sposób się pokazać. Zawsze można sobie dodać do nazwiska „nominowany do Oscara”. To daje jakąś rozpoznawalność w branży. Niewielką, bo to mała kategoria, ale dwa lata później wygrałem British Animation Festival, kilka lat później znów wygrałem ten festiwal, po drodze zdobyłem kilka innych nagród i stało się jasne, że ten Bagiński coś sobą reprezentuje i jakąś jakość jest w stanie zagwarantować. To bym potraktował jako uchylenie drzwi i otwarcie drogi. W żaden sposób nie rozwiązało to problemów. Wyzwania są nadal, teraz nawet większe. Ale przynajmniej nastąpiło to pierwsze uchylenie drzwi, wtedy też dostałem swojego pierwszego agenta, a w Stanach Zjednoczonych to bardzo pomaga, aby mieć tam swoją reprezentację. Dzięki temu wszystko stało się troszeczkę łatwiejsze i dało mi paliwo na wiele kolejnych lat i kolejnych wyzwań.

Jaka droga przed Panem? Jak Pan ją sobie wyobraża?

Pierwszy raz w życiu mam sytuację, że wiem, co będę robić przez ten rok. To bardzo fajne. Kończę serial pod tytułem „Kierunek: Noc” inspirowany powieścią Jacka Dukaja. Poza tym, jak pani wie, pracuję nad drugim sezonem „Wiedźmina”. Mam też duży, zagraniczny projekt filmowy, o którym jeszcze nie mogę mówić, ale zdjęcia do niego odbędą się pod koniec roku. A co dalej, to się zobaczy. Mam dużo pomysłów i dużo książek, które chciałbym zekranizować.

Te książki są polskich autorów?

Nie tylko. Polskich, rosyjskich, na oku mam też brytyjskiego autora. Polskich jest dużo i jest dużo Jacka Dukaja, bo jestem jego wielkim fanem. Ale to są też bardzo trudne rzeczy do ekranizacji.

Nie ma Pan wrażenia, że nasze kino jest teraz bardziej dostrzegane przez świat, przez Amerykę, która jest tu wyznacznikiem, dlatego, że jest bardziej uniwersalne, że ludzie na świecie rozumieją, co chcemy przekazać?

No pewnie, że to są uniwersalne historie, ale uniwersalne historie powstawały też i 20 lat temu i 40 lat temu, i 100 lat temu. Chyba jest tu jeszcze kilka innych elementów, które należałoby uwzględnić.

Może nasze kino jest bardziej zauważalne, bo świat się skurczył, a my jesteśmy na ten świat otwarci?

Chyba przez jakiś czas, jeśli chodzi o kino, mieliśmy rozwojową dziurę. Nie wiadomo było, czym to kino chce się stać. W ogóle struktura kina europejskiego jest taka, że wiele kwestii związanych z pieniędzmi, z finansowaniem kina zależy od rzeczy pozamerytorycznych. To powoduje trochę błędne koło, bo jeżeli za rzeczy pozamerytoryczne odpowiadają ludzie, którym nie zależy na nowych, ciekawych głosach, nowych, ciekawych historiach, to wtedy kino drepcze w miejscu i tak też było w pewnym momencie. Ale, jak mówiłem, teraz się to zmienia, pojawia się dużo ciekawych, nowych twarzy. Dziś jesteśmy też zupełnie nowym krajem, krajem bogatszym. Wiem, że niemodne jest by tak o tym mówić, ale jeżdżę trochę po świecie i widzę, że w ogóle jako Polacy jesteśmy bogatsi. Może w niektórych krajach Europy jest wyższy standard życia, ale wcale nie we wszystkich krajach Europy jest on wyższy od naszego. Jest wiele krajów pochodzących również ze starej Europy, których standard życia jest niższy niż u nas. Bardzo mocno się rozwijamy, Polska bardzo ładnie idzie do góry. A kino, powoli, z dużą inercją, bo musi tu nastąpić zmiana pokoleniowa, ale idzie tym samym tropem, też wznosi się do góry.

Wiele mówiło się u nas o wprowadzeniu specjalnych zachęt dla filmowców, aby ożywić tę branżę w Polsce. Jak to dziś, Pana zdaniem, wygląda?

Ustawa jest już gotowa, choć wymaga kilku zmian, żeby była rzeczywiście skuteczna. Ale wydaje mi się, że pod tym kątem rzeczywiście dobrze idzie i ważne, że coś się w tej kwestii zadziało. O zachętach, jak pamiętam, mówi się od kilkunastu lat. No i trzeba było aż PiS-u przy władzy, aby ktoś to w końcu podpisał.

Spod Ekranu. 365 recenzja wideo

Wideo

Materiał oryginalny: Tomasz Bagiński: Zakładam najgorsze, ale mam nadzieję na najlepsze - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Cześć panowie, mam na imie Monika 25 lat. Chętnie poznam normalnego faceta. Nie szukam sponsora, nie interesuje mnie jakie masz zarobki, samochód itp. Przede wszystkim cenię kulturę osobistą i poczucie humoru, wygląd dla mnie to sprawa drugorzędna. Zainteresowane osoby zapraszam do kontaktu. Więcej moich zdjęć można zobaczyć na moim profilu : https://wyspakobiet.eu/monia25

G
Gość

POWIEM TAK - W IMIĘ ZASAD OSKARA DOSTAJE TO CO SIĘ BIZNESOWI OPŁACI. A OPŁACA SIĘ BY TYLKO KILKA PROCENT LUDZKOŚCI BYŁO NAJBOGATSZYMI OBYWATELAMI (CZYTAJ BANDYTAMI) I ŻE NIMI SĄ TO TYLKO W UŁAMKU PROMILA JEST ICH CAŁKOWITĄ ZASŁUGĄ.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3