Wiele szczęścia i Józef Piłsudski

Piotr Biziuk
11 listopada 1918 roku jest umowną datą odzyskania niepodległości przez Polskę. Tego dnia Rada Regencyjna, przekazała władzę nad wojskiem Józefowi Piłsudskiemu. 14 listopada rozwiązała się i utworzyła urząd Naczelnika, który objął Piłsudski. Na zdjęciu: Józef Piłsudski dokonuje przeglądu wojska
11 listopada 1918 roku jest umowną datą odzyskania niepodległości przez Polskę. Tego dnia Rada Regencyjna, przekazała władzę nad wojskiem Józefowi Piłsudskiemu. 14 listopada rozwiązała się i utworzyła urząd Naczelnika, który objął Piłsudski. Na zdjęciu: Józef Piłsudski dokonuje przeglądu wojska Wikipedia
W listopadzie 1918 roku niepodległość leżała na ulicy. Wystarczyło po nią tylko sięgnąć.

Piłsudski przyjechał z więzienia w Magdeburgu do Warszawy, Rada Regencyjna przekazała mu władzę wojskową i takim sposobem w Polsce stała się niepodległość. Dlaczego sztuka ta udała się w roku 1918, choć nasi pradziadowie starali się tego dokonać wielokrotnie w ciągu wcześniejszych 123 lat? Najkrócej rzecz ujmując był to wynik korzystnego splotu okoliczności, niesamowitego farta, czegoś, czego historia zazwyczaj Polakom skąpiła.

Stanisław Wyspiański pisał w jednym ze swoich dramatów, że "listopad to dla Polski niebezpieczna pora". Nie ma się co wieszczowi dziwić, bowiem potwory z przeszłości wciąż żyły w narodowej świadomości.

Pamiętano wszak rzeź Pragi dokonaną przez carskich jegrów jesienią 1794 roku, pamiętano, że Stanisław August Poniatowski abdykował w Grodnie z końcem listopada roku 1795. Listopadowy bunt podchorążych z 1830 roku przerodził się co prawda w narodowe powstanie, jednak finał tego zrywu był już pożałowania godzien. Tym razem - a chodzi o rok 1918 - miało być zupełnie inaczej, jednak kilka lat wcześniej niewielu chyba spodziewało się takiego obrotu spraw.

Wojna trzech zaborców
Pierwsza wojna światowa, zwana przez współczesnych Wielką rozbiła monolityczny dotąd blok zaborców, którzy swoją potęgę zbudowali na klęsce Polski, a więc jej wskrzeszanie nie leżało zupełnie w ich interesie. W roku 1914 w jednym narożniku ringu stanęły Niemcy i Austro-Węgry, w drugim Rosja, której pomagały mocarstwa zachodnie. Po dwóch latach wzajemnej wymiany ciosów widać było wyraźnie, że na zakończenie walki się nie zanosi, zaś żaden z rywali nie pozwoli rzucić się na deski.

I wtedy stała się rzecz dziwna. W listopadzie (przypadek?) roku 1916 Niemcy do spółki z Austriakami wydali manifest powołujący do życia samodzielne (nie niepodległe!) państwo polskie. Nie czynili tego z bezinteresownych pobudek. Cel tego zabiegu jasno określił szef niemieckiego sztabu generalnego Erich Ludendorf: "Polak to dobry żołnierz. Trzeba więc utworzyć Wielkie Księstwo Polskie, a następnie zorganizować armię polską pod niemieckim dowództwem".

Na tak pozytywną ocenę naszych wojaków wpłynęła postawa żołnierzy brygadiera Piłsudskiego. Gdy latem 1916 roku Rosjanie ruszyli z nową ofensywą, front nie pękł tylko dzięki mężnej postawie polskich legionistów walczących w armii austriackiej. Sztabowcy państw centralnych dobrze ten fakt zapamiętali.

Póki co wszystko wskazywało na to, że warto trzymać się Niemców, którzy gnali Rosjan na wschód i tylko z Francuzami na zachodzie nie bardzo mogli sobie poradzić. Tymczasem w 1917 roku wydarzyły się dwie rzeczy, które zupełnie odmieniły obraz całej sytuacji. Do rozgrywki włączyła się Ameryka, która wypowiedziała Niemcom wojnę, zaś w Rosji władzę przejęli bolszewicy. I tu brygadier Piłsudski okazał się nie w ciemię bity, wykalkulował bowiem, że opłaca mu się zagrać na przeczekanie. W ten właśnie sposób doszło do kryzysu przysięgowego. Był to pomysłowo uknuty plan, by nie trwać ślepo przy Niemcach. Ci chcieli, aby polscy żołnierze ślubowali na wierność państwom centralnym. Piłsudski uparł się jednak, że przysięgać będzie tylko w obecności polskiego premiera.

Takim to sposobem Legiony rozwiązano, a wąsaty jegomość wylądował za murami magdeburskiej twierdzy.

Mimo to Niemcy nie zrezygnowali z planów utworzenia niby-państwa na ziemiach polskich. We wrześniu 1917 roku powołali do życia Radę Regencyjną, twór na kształt rządu.

Październik miesiącem niezwykłym
Na wschodzie zaś nagle skończyła się wojna. Do władzy w Piotrogrodzie dorwali się bolszewicy, którzy już w grudniu 1917 roku usiedli z Niemcami do stołu rokowań, nie mogli sobie bowiem pozwolić na przeciąganie wojennej awantury, gdy dziedzictwo carów rozłaziło im się w szwach. Rozmowy trwały do marca roku 1918. Niemcy szybko przerzucili swoje siły na zachód Europy, jednak nie poszło im tak łatwo, bowiem czekali już tam na nich Amerykanie. I wtedy doszło do masowego rozprężenia.

"Październik 1918 roku był miesiącem niezwykłym. Unosząca się w powietrzu woń pokoju przyczyniła się do upadku państw centralnych bardziej niż cztery lata walk. (...) W bezczynnych niemieckich i austriackich garnizonach na Wschodzie roiło się od Soldatenrate, naśladujących rosyjskie sowiety. Armia austriacka szła w rozsypkę z powodu dezercji czeskich, polskich, chorwackich, węgierskich, a nawet niemieckich pułków, które po prostu postanowiły wracać do domu. Wszyscy dopominali się o swoją niepodległość narodową" - opisywał te wydarzenia historyk Norman Davies.

Takiego prezentu od Boga i historii Polacy nie dostali od wieku z okładem. Nic by to jednak nie znaczyło, gdyby nie Piłsudski, który pojawił się w Warszawie w najbardziej odpowiednim momencie, czyli 10 listopada 1918 roku. Dzień później Rada Regencyjna przekazała mu władzę, podporządkował się też rząd polski, który 7 listopada zawiązał się w Lublinie. Piłsudski okazał się mężem opatrznościowym, którego tak bardzo brakowało Polakom, potrafił ich bowiem zjednoczyć wokół wspólnej sprawy. Zaproponował Niemcom, by spakowali manatki i wyjechali, zanim w Warszawie wybuchną rozruchy. Ci nie mieli zamiaru sprawdzać na własnej skórze, czy poradzą sobie z polskimi buntownikami. Po trzech dniach w byłej Kongresówce nie było już słychać szwargotu wojaków noszących pikelhauby na głowach.

Generałowie bez wiary
Trudno wyobrazić sobie sytuację, by z podobnej propozycji mogli skorzystać carscy gwardziści, gdy jesienią 1830 roku grupa podchorążych wszczęła bunt w Warszawie, mimowolnie dając początek narodowemu powstaniu. Nie mogło być też mowy - ani wtedy, ani też w czasie innych naszych zrywów wolnościowych - o tak znakomitej dla Polski sytuacji międzynarodowej, gdy trzy państwa zaborcze przegrywały wojnę i pogrążały się w chaosie.

Jednak w 1918 roku zabawa w niepodległość dopiero się zaczynała.

Trzeba było jeszcze powalczyć o granice, wygrać powstanie wielkopolskie (jedyne zwycięskie w naszych dziejach!), dobić się o Śląsk i pognać kota Sowietom w roku 1920. Piłsudski był tym człowiekiem, który w decydującym momencie starć zbrojnych, gdy bolszewicy stali pod Warszawą, wziął na siebie odpowiedzialność i wydał im decydującą bitwę. Było to krokiem ryzykownym, ale jedyną szansą na odniesienie sukcesu.

Tak zdecydowanego charakteru zabrakło nam chociażby w roku 1792, gdy Stanisław August Poniatowski kazał polskiej armii poddać się Rosjanom idącym na Warszawę, choć nasi stali jeszcze nad Bugiem, a więc bić się wciąż mogli. Nie znalazł się nikt, kto byłby gotów wybić królowi z głowy poroniony pomysł, a w ostateczności nawet sięgnąć po władzę. Nie popisali się także polscy generałowie w powstaniu 1830 roku. To do nich właśnie pasowały słowa marszałka Piłsudskiego: "Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić".

Dyktator Józef Chłopicki, mimo osobistego męstwa (został ranny w bitwie o Olszynkę Grochowską), sam nie wierzył w sukces walki z Rosją i słał do cara posłów, aby ten "puścił wszystko, co zaszło, w niepamięć". Robotę spartaczył do szczętu Jan Skrzynecki, który przejął zwierzchność nad armią po Chłopickim. Skrzynecki miał co prawda zdolnego sztabowca - pułkownika Ignacego Prądzyńskiego - ale z uporem maniaka niweczył jego znakomite pomysły. Wolał stać bezczynnie pod Warszawą niż pobić carskie wojska przetrzebione epidemią cholery. Kiedy w końcu zdecydował się na uderzenie w korpus gwardii stojącej pod Łomżą, zrobił to tak opieszale, że Rosjanom udało się ściągnąć posiłki i pobić Polaków pod Ostrołęką. Finał powstania był równie pożałowania godny. Skrzynecki przyglądał się biernie jak wojska feldmarszałka Paskiewicza przeprawiły się przez Wisłę w okolicach Torunia i nie niepokojone podchodziły pod Warszawę od zachodu. Później nie było już czego ratować.

Gdyby Piłsudski zachowywał się jak Skrzynecki, wielka aktorka międzywojnia Tola Mankiewiczówna nie stałaby się gwiazdą polskiego filmu, bo nie byłoby odrodzonej Polski.

Kościuszko przegrał lekkomyślnie
O ile listopadowy zryw miał jakieś szanse powodzenia, o tyle powstanie styczniowe z roku 1863 było już sprawą przegraną na starcie. Nie dość, że Europa miała wtedy Polskę i jej niepodległość w głębokim poważaniu, to jeszcze bić się nie było kim, a studenci warszawskich uczelni uciekali po lasach przed Czerkiesami.

Paweł Jasienica w "Rzeczypospolitej Obojga Narodów" nie mógł z kolei odżałować, że w 1794 roku wybuchło powstanie kościuszkowskie.

Historyk pomstował, iż polskim patriotom zabrakło wtedy cierpliwości, bowiem wystarczyło odczekać cztery lata, do zejścia Katarzyny II, głównej projektantki rozbiorów, by sytuacja stała się dla nas zdecydowanie korzystniejsza. Jednak skoro się już powiedziało "insurekcja", trzeba było tę walkę prowadzić zmyślnie i wytrwale.

Niestety, Kościuszko - mimo swoich niewątpliwych sukcesów i zdolności - wykazał się skrajną lekkomyślnością, przyjmując w październiku 1794 roku bitwę pod Maciejowicami. Naczelnik liczył na pomoc oddziału jazdy Ponińskiego, ten jednak stał 30 kilometrów od miejsca batalii i zanim przybył pod Maciejowice, to Rosjanie w puch roznieśli Polaków. Już w listopadzie bojcy marszałka Suworowa poili swoje konie w Wiśle. Nie miał Kościuszko szczęścia, ale i nie chciał mu pomóc.
Dobrze, że choć Piłsudski urodził się pod szczęśliwą gwiazdą.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

H
Histeryk

Tak, to prawda.Sami agenci. Piłsudski agent, Wałęsa agent, czy jeszcze ktoś? Prawdopodobnie IPN to bada, Jagiełło był agentem Krzyżaków i dlatego nie zdobył Malborka. Dla upamiętnienie tej agentury na zachodzie produkowane są papierosy Malboro, czy jakoś tak.

s
se

Bzdurny i naiwny tekst. Piłsudski jako agent został z chęcią wrzucony do Warszawy, jego polityka poniosła całkowite fiasko i gdyby nie Dmowski, Paderewski i Korfanty to Polska znalazłaby się w sojuszu państw pokonanych. Kto chce autentycznie zrozumieć co i jak było niech przeczyta Politykę polska i odbudowanie państwa, Romana Dmowskiego

Dodaj ogłoszenie