Władimir Putin traci poparcie rosyjskich elit. „Partia wojny” żąda krwi. Chce jeszcze większej wojny i większej brutalności wobec Ukraińców

Grzegorz Kuczyński
Grzegorz Kuczyński
Władimir Putin ma coraz mniej zaufania u podwładnych.
Władimir Putin ma coraz mniej zaufania u podwładnych. kremlin.ru
Udostępnij:
Ostatnie obchody Dnia Zwycięstwa i wystąpienie prezydenta Rosji wskazywało, że Kreml planuje trzymać się dotychczasowej polityki jeśli chodzi o wojnę z Ukrainą. Nie wszystkich to jednak zadowala. Nie dlatego, że chcą pokoju. Przeciwnie, chcą jeszcze większej wojny i większej brutalności wobec Ukraińców.

Osób zadowolonych z Władimira Putina w rosyjskich kręgach władzy dzisiaj „prawdopodobnie prawie nie ma” - napisał we wtorek niezależny portal Meduza, powołując się na źródło bliskie Kremlowi.

Jedni są niezadowoleni z tego, że prezydent rozpoczął wojnę, nie myśląc o skali sankcji (głównie biznesmeni i ministrowie). Drugich frustruje niezadowalające tempo „operacji specjalnej”. Zdecydowanie silniejsi są oczywiście ci drudzy. Coraz więcej Rosjan, którzy popierają Kreml i rosyjską inwazję na Ukrainę, zaczyna otwarcie krytykować Kreml.

Widać to choćby po fali ostrych komentarzy ze strony bardzo popularnych w sieci rosyjskich blogerów zajmujących się wojskiem, którzy nie zostawiają suchej nitki na dowodzących kampanią. Budowany przez nich „grunt” sprzyja zwolennikom zaostrzenia wojny z Ukrainą, których nie brakuje.

Partia wojny

„Jastrzębie” uważają, że mimo tych wszystkich taktycznych porażek i kompromitacji w ciągu trzech miesięcy kampanii nie wolno pozwolić sobie na jakąkolwiek oznakę słabości. Trzeba przeć naprzód i być jeszcze bardziej zdecydowanym. Taki wariant zakłada szeroką mobilizację rezerwistów i wojnę "do zwycięstwa" - najlepiej do zdobycia Kijowa. Oczywiście nikt z najwyższego kierownictwa sił zbrojnych czy całego wachlarza służb specjalnych nie powie tego wprost. Jak zwykle w Rosji, korzysta się z innego rodzaju „kanałów” przekazu.

Jednym z nich - ściśle związanym z wojskiem (nie mylić z ministrem obrony) - jest Wszechrosyjskie Zgromadzenie Oficerów. 19 maja 2022 r. ta wpływowa organizacja zrzeszająca oficerów rezerwy i w stanie spoczynku, kierowana przez cieszącego się wśród wojskowych wielkim mirem gen. Leonida Iwaszowa, wydała oświadczenie, w którym wzywa władze do ogłoszenia mobilizacji i uznania "wojny na pełną skalę" z Ukrainą, a także do wprowadzenia stanu wojennego w regionach przygranicznych i wydłużenia okresu poboru do armii rosyjskiej z roku do dwóch lat.

Oficerowie zażądali od Kremla zmobilizowania wszystkich regionów graniczących z państwami NATO oraz z Ukrainą, utworzenia brygad obrony terytorialnej oraz utworzenia nowych naczelnych organów administracji wojennej w Rosji, w tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republikach Ludowych oraz na nowo zajętych ziemiach ukraińskich. Do tego doszedł apel o karę śmierci dla dezerterów.

Ale co warto dodatkowo podkreślić, największa organizacja zrzeszająca wojskowych w stanie spoczynku lub w rezerwie wezwała Putina do uznania, że siły rosyjskie nie tylko już mają „denazyfikować” Ukrainę, ale też walczą w wojnie o historyczne terytoria Rosji i jej istnienie w światowym porządku.

Mrzonki byłych oficerów o rozszerzaniu granic państwa? Niekoniecznie. Być może sondowanie reakcji elit, społeczeństwa rosyjskiego i społeczności międzynarodowej. Pamiętajmy, że na trzy tygodnie przed inwazją na Ukrainę to właśnie Wszechrosyjskie Zgromadzenie Oficerów zażądało uznania niepodległości "DRL" i "ŁRL", wzmacniając ideologiczny grunt pod atak na Ukrainę. Ten nowy apel do Putina "może być kluczowym wskaźnikiem tego, że elementy rosyjskiej władzy i społeczeństwa tworzą warunki informacyjne dla ogłoszenia częściowej mobilizacji" – uważają analitycy amerykańskiego think-tanku ISW.

Kreml nie jest jednak jeszcze gotowy do ogłoszenia powszechnej mobilizacji. W kwietniu wyniki zamkniętych badań socjologicznych w Rosji pokazały, że nawet Rosjanie, którzy popierają kremlowską "operację specjalną", nie są gotowi sami walczyć ani wysyłać swoich krewnych na front – przypomina portal Meduza. Dlatego na razie stosowane są półśrodki, np. podniesienie wieku maksymalnego umożliwiającego wstąpienie do służby wojskowej z 40 do 50 lat, atrakcyjne finansowe zachęty osób chcących zawrzeć kontrakt wojskowy (np. w Baszkortostanie wysoki żołd, ale i ok. 200 tys. USD dla rodziny za śmierć na froncie) czy szukanie „mięsa armatniego” w innych formacjach siłowych – np. ostatnio funkcjonariusze wojsk pogranicznych z południa Rosji dostali polecenie odwołania wszelkich urlopów.

Partia pokoju

Jeśli „jastrzębie” zaczęły krytykować Kreml i dowództwo wojskowe stosunkowo niedawno, to w kręgach „partii pokoju” niezadowolenie z Putina panuje niemal od początku inwazji na Ukrainę, a na pewno od momentu, gdy okazało się, że „operacja specjalna” potrwa nie dni kilka-kilkanaście, a co najmniej kilka miesięcy.

Problemy wynikające z sankcji są już widoczne, a w najbliższych miesiącach będą jeszcze bardziej odczuwalne, choćby w transporcie, medycynie czy nawet rolnictwie. Przed wybuchem wojny nikt na Kremlu nie liczył się z możliwością, że kraje europejskie całkowicie odmówią importu rosyjskiego gazu i ropy. Takie embargo wciąż jest brane pod uwagę w rządowych kręgach rosyjskich, choć Putin i „jastrzębie” wciąż nie wierzą, że Zachód zrealizuje taki scenariusz. „Putin po prostu nie chce myśleć o problemach gospodarczych, które są oczywiste dla większości urzędników, a tym bardziej nie chce łączyć ich z wojną” - portal Meduza przytacza opinię dwóch źródeł zbliżonych do Kremla.

Rosyjski biznes wyraźnie rozumie, jakie są straty. Są całkowicie przeciwni wojnie i chcą ją jakoś zakończyć. "Nie mają jednak odwagi mówić o tym otwarcie, szczególnie wobec Putina. Takie rozmowy toczą między sobą. Takie rozmowy toczą się nawet między biznesmenami a siłowikami, między biznesmenami a politykami" – mówił w niedawnym wywiadzie szef ukraińskiego wywiadu wojskowego Kirył Budanow.

Co więcej, obawy środowisk biznesowych nie wynikają tylko z tego, że wojna ekonomicznie się Rosji nie opłaca. Oczywiście państwo będzie mogło przeżyć także pod ostrzejszymi sankcjami i przez długi czas. Wszak świat to nie tylko Zachód. Są Chiny, są Indie, jest wiele krajów, które handlują z Rosją i nawet są gotowe wykorzystać faktyczną wojnę gospodarczą Moskwy z Zachodem. Tyle że to oznacza stagnację, nie rozwój rosyjskiej gospodarki. Siłowików, biurokratów, większość społeczeństwa może to zadowalać, zwłaszcza przy tym niebywałym stopniu indoktrynacji i fanatyzmu Rosjan.

Ale biznesmeni już tracą i będą tracić jeszcze więcej. Zachodnie sankcje uderzają w ich aktywa zagraniczne, zaś aktywa krajowe mogą stać się łatwym łupem dla bardziej ustosunkowanych na Kremlu czy Łubiance rywali, czy wręcz przedmiotem konfiskaty, nacjonalizacji. Wszak kto może dziś przewidzieć, w jakim kierunku będzie podążało państwo rosyjskie pod wodzą Putina i jego wojowniczych akolitów?

Balony próbne i walka siłowików

Tzw. czynniki oficjalne w Rosji, czy to mowa o rządzie, czy Kremlu, czy armii, czy służbach specjalnych, mówią jednym głosem z Putinem. To samo widać w mediach. To nie znaczy jednak, że w Moskwie nie narastają konflikty związane z tym, jak różne grupy i środowiska reagują na przebieg zdarzeń na froncie i w polityczno-gospodarczej wojnie z Zachodem.

W rosyjskiej polityce czasów Putina stałym elementem stało się prowadzenie takich poważnych dysput za pośrednictwem nieoficjalnych środków przekazu. W przeszłości nie raz na przykład pewne pomysły reżim (albo jego konkretne elementy) wypuszczał nieoficjalnie, czy to przez polityków (jak Żyrinowski) czy media. Takie testowanie reakcji, rodzaj próbnych balonów. Trudno jednak było i jest odróżnić tego typu działania od tak zwanej „walki buldogów pod dywanem”, gdzie wspomnianych polityków, media, NGO wykorzystują w walce różne frakcje w elicie rosyjskiej władzy.

Podobnie jest teraz z wojną z Ukrainą. Nie zawsze wiadomo, czy dana opinia i wpis trafiające do szerokiego grona odbiorców to element walki np. między siłowikami (jak krytyka generalicji przez związanego z FSB Girkina) czy informacyjna prowokacja, za którą stoi Kreml (nasilające się w mediach społecznościowych wezwania do pełnej wojny z Ukrainą jako instrument przygotowujący taką decyzję).

Dużo więcej interesujących się działaniami na Ukrainie Rosjan jako główne źródło informacji o „specjalnej operacji” uznaje blogi wojskowych ekspertów, a nie media państwowe. Głównym medium stał się Telegram. Ci blogerzy, jeśli już krytykują wojsko i Kreml, to robią to z pozycji bardziej radykalnych. Widać to na przykład w sprawie wziętych do niewoli obrońców Azowstalu.

Zarówno autorzy wpisów, jak i ich czytelnicy, opowiadają się przeciwko wymianie jeńców, żądają procesu i egzekucji Ukraińców. Blogerzy krytykują na przykład deklarowaną przez Szojgu rzekomą troskę o ludność cywilną (tak minister obrony tłumaczy wolniejsze niż zapowiadano tempo ofensywy) i twierdzą, że wojska sowieckie nie przejmowałyby się ewakuacją "nazistowskich" cywilów.

Były oficer Federalnej Służby Bezpieczeństwa Igor Girkin vel Igor Striełkow wzmocnił krytykę władz odnośnie sytuacji na froncie wojny z Ukrainą po tym, jak w sieci pojawiło się nagranie, na którym „żołnierze” tzw. Donieckiej Republiki Ludowej krytykują swych dowódców z armii rosyjskiej i mówią, że nie zamierzają iść do boju w Donbasie. Girkin nie krytykuje jednak lidera „DRL” Denisa Puszylina, ale władze w Moskwie. Za rozpoczęcie inwazji z niewystarczającymi rezerwami i nieprzygotowanymi, zmobilizowanymi siłami.

Na dłuższą metę taka aktywność nie jest na rękę Kremlowi. Oczywiście teraz możne te głosy w jakiś sposób wykorzystywać, ale wszelkie rosnące w siłę środowiska nie kontrolowane w pełni przez reżim, szczególnie, gdy są bardziej „patriotyczne” niż władza i Putina, to zagrożenie. Paradoksalnie łatwiejszym rywalem są „demokraci” - bo ci nigdy nie zdobędą większego wpływu na Rosjan.

Dlatego można oczekiwać, że Kreml postąpi z tymi „patriotami” podobnie, jak postąpił z nimi po wojnie 2014-2015. Byli potrzebni w czasie kampanii w Donbasie, choćby jako źródło „ochotników” idących na tę niewypowiedzianą wojnę. Ale potem reżim brutalnie rozprawił się z większością tych skrajnie nacjonalistycznych grup i środowisk, zazwyczaj sięgając po prowokacje. Na Kremlu i Łubiance obowiązuje bowiem żelazna zasada „na prawo od nas tylko ściana” (słynny, choć podobno niekoniecznie prawdziwy, cytat pewnego prawicowego deputowanego Dumy w czasach carskich). Jeśli są wyjątki od tej zasady, to tylko na krótko, w wyjątkowych sytuacjach, takich właśnie jak wojna z Ukrainą.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Będzie 14. emerytura. Kiedy wypłata?

Wideo

Materiał oryginalny: Władimir Putin traci poparcie rosyjskich elit. „Partia wojny” żąda krwi. Chce jeszcze większej wojny i większej brutalności wobec Ukraińców - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Gazeta Współczesna
Dodaj ogłoszenie