Wojewoda podlaski na dywaniku u dyrektora - pełna wersja

Julia Szypulska
Ta nietypowa gazetka wzbudziła spore zamieszanie w IV LO w Białymstoku. Miało być śmiesznie, a zamiast "puch” wyszło...
Ta nietypowa gazetka wzbudziła spore zamieszanie w IV LO w Białymstoku. Miało być śmiesznie, a zamiast "puch” wyszło...
Ulepili ogromną kulę ze śniegu i zablokowali nią drzwi do szkoły. Inni z kolei, w ramach prezentu na Dzień Kobiet, przyprowadzili do szkoły Cygankę, żeby powróżyła koleżankom i nauczycielkom.

Uczniowie potrafią zdobyć się na ogromny wysiłek, żeby tylko uniknąć zwykłych lekcji... Takie dowcipy robili nauczycielom i kolegom znani białostoczanie.

Pomysłowość uczniów nie zna granic. Czasem jednak ich dowcipy dalekie są od dobrego smaku. A na pewno nie wszystkich śmieszą.

Powodów do dobrego humoru nie mieli ostatnio na przykład nauczyciele z IV LO w Białymstoku. Ich oczom ukazała się bowiem nietypowa gazetka szkolna. Na tablicy, gdzie zawieszono materiały dotyczące ostrej zimy w regionie, poprzestawiano litery. W wyniku tego zabiegu zamiast słowa puch pojawiło się słowo ch..., które z mrozami czy śniegiem nie ma nic wspólnego.

Żarty z nauczycieli
Szkolne wybryki ma "na sumieniu" prawie każdy. Zapytaliśmy znanych białostoczan, które z nich najbardziej utkwiły im w pamięci.

- Sztubackie żarty nam się zdarzały, a jakże! - przyznaje ze śmiechem Tadeusz Arłukowicz, wiceprezydent Białegostoku. - Choć były zupełnie inne niż te współczesne. Pamiętam na przykład, że w podstawówce dość często przybijaliśmy kolegom zeszyty do ławek. Najwięcej śmiechu było wtedy, gdy ten ktoś wstawał akurat do odpowiedzi i chciał podać nauczycielowi swój zeszyt.

Najlepiej jednak, gdy dowcip dotyczy właśnie nauczyciela. Gdy uda się skutecznie wprowadzić pedagoga w błąd - zabawa jest przednia. Taki "sukces" odniósł w czasach licealnych Ryszard Kijak, przewodniczący podlaskiego związku lekarzy.

- Pomiędzy klasami i przy wyjściu na korytarz były podwójne drzwi - opowiada. - Podczas lekcji geografii schowałem się w tej wnęce i zacząłem palić papierosa. Dym wydmuchiwałem natomiast do klasy przez dziurkę od klucza.
Ponieważ wyczuła go nauczycielka, reszta uczniów połowę lekcji miała z głowy.

- Rozglądała się po pomieszczeniu i próbowała dojść skąd pochodzi dym - opowiada szef OZZL. - Nie udało jej się to, bo za każdym razem, kiedy podchodziła do drzwi, koledzy delikatnym pukaniem dawali mi znać żebym odsunął się od dziurki.

Innym razem, pozwolili sobie z kolegami na jeszcze więcej. Z pism dla dzieci powycinali obrazki, przykleili je do kartki i zawiesili na tablicy w korytarzu.

- Powstał komiks, którego bohaterem był nasz polonista - wspomina Kijak. - Wystąpił w nim jako taki biedak, który idzie sobie przez pola i lasy, i nawet zwierzęta się z niego śmieją. Aż w końcu, u kresu drogi... popełnia samobójstwo. Mocno wtedy przesadziliśmy i o mały włos nie wylecieliśmy za to ze szkoły.

Ostatecznie jednak sprawa ucichła, a po pewnym czasie nawet polonista się z niej śmiał.

Zabierali dzwonek i... oznajmiali przerwę
Na niejedno podczas szkolnych lat pozwolił sobie także Eugeniusz Muszyc, przewodniczący Podlaskiej Federacji Pracowników Ochrony Zdrowia. Wiedział też, jak uniknąć klasówki.

- Zawsze byłem wesołym chłopcem - wspomina. - Za moich czasów w szkole były jeszcze kałamarze. Często wsypywało się tam kredę, żeby koledzy nie mogli pisać. A żeby nie mógł tego zrobić nauczyciel, natłuszczało się tablicę.
W kontaktach z rówieśnikami nie brakowało też "końskich" zalotów. Eugeniusz Muszyc okazywał koleżankom sympatię ciągając je za warkocze.
- Ale tylko te ładne - śmieje się.

Znał też sposoby na to, by ukrócić uczniowskie cierpienia na lekcji.
- Szło się niby do toalety, a tak naprawdę po to, by znaleźć dzwonek i wcześniej oznajmić przerwę - wspomina przewodniczący. - Wszyscy uczniowie gremialnie wstawali wtedy od ławek i wychodzili z klasy. Nawet jeśli nauczyciele orientowali się, że to za wcześnie, takiego pochodu nie dało się już powstrzymać.

Uczniowie potrafią rzeczywiście zrobić wiele, żeby uniknąć lekcji. Adam Kurluta, dyrektor departamentu zdrowia w białostockim ratuszu, wspomina na przykład, jak to uratował siebie i kolegów przed zajęciami.

Pomysł był tak dobry, że połowa uczniów nie przyszła do szkoły:
- Umieściliśmy na drzwiach łańcuch i kartkę z napisem: "Ze względu na przeprowadzaną dziś w budynku deratyzację, zajęcia nie odbędą się" - wspomina. - Kłamstwo wyszło na jaw, ale konsekwencji na szczęście nie było. Autora napisu nie udało się znaleźć.

Zakontraktowali Cygankę
Zdarza się jednak, że uczniowski dowcip, choć szokujący, bywa miły. Pewnego dnia ogromne zdziwienie ogarnęło koleżanki i nauczycielkę Adama Kurluty.

- Był Dzień Kobiet i zastanawialiśmy się z kolegami, jak to uczcić - opowiada dyrektor departamentu zdrowia. - W końcu poszliśmy na Bema, na bazar i "zakontraktowaliśmy" tam Cygankę. Przyszła powróżyć dziewczynom, kiedy akurat odbywała się lekcja wychowawcza. Stanęła w drzwiach, a wszystkie koleżanki zamarły. Fakt, że w czarnym, długim płaszczu wyglądała dość przerażająco.

Przyjemnie wspomina uczniowską pomysłowość także Renata Matłowska, psycholog w białostockim V LO.
- Kiedyś pojechaliśmy z mężem na zakupy - opowiada. - On poszedł do działu motoryzacyjnego, ja do kosmetycznego. W pewnym momencie ktoś wyskoczył zza regału i huknął. Przestraszyłam się potwornie!
Okazało się, że to jej uczeń. Zadowolony chłopak odrzekł: "No, niech mi pani nie powie, że serce przy mnie nie bije".

- Rozbroił mnie tym kompletnie - śmieje się pani pedagog.
Nie sposób było ukarać także autorów dowcipu, który wspomina Henryk Paliwoda, dyrektor Gimnazjum nr 11 w Białymstoku.

- Uczniowie ulepili po lekcjach gigantyczną śnieżną kulę i zablokowali nią drzwi do szkoły - opowiada. - Wiele osób miało problem z wydostaniem się na zewnątrz. Nawet nie szukałem winnych, bo dowcip był nieszkodliwy. A panie woźne jakoś sobie z kulą poradziły.

Dodaje też, że na inne żarty nie jest łatwo go nabrać.
- Znam się na uczniach - zapewnia. - Poza tym, sam robiłem dowcipy, więc wiem, o co w tym chodzi.

Czasem wzywa dyrektor
Niestety, nie wszystkie uczniowskie wybryki uchodzą płazem. Na "dywaniku" u dyrektora nieraz pojawiał się na przykład Maciej Żywno, wojewoda podlaski.

- Miałem to nieszczęście, że byłem w szkole najwyższy - opowiada. - Wielu chciało sprawdzić, czy także najsilniejszy i chciało się ze mną zmierzyć. W związku z tym często wdawałem się w bójki i za karę musiałem chodzić do dyrektora.
Problem się skończył, kiedy w szkole rozeszła się informacja, że Żywno ćwiczy karate.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie