Białystok - kocham to miasto

B. Maleszewska
Justyna Sieńczyłło oprócz teatru występuje w filmach i serialach, m.in. w: "Klanie”, "Kochaj mnie, kochaj” czy "Pensjonacie pod Różą”
Justyna Sieńczyłło oprócz teatru występuje w filmach i serialach, m.in. w: "Klanie”, "Kochaj mnie, kochaj” czy "Pensjonacie pod Różą” B. Maleszewska
Rozmowa. Jest dumna, że jest białostoczanką. Warszawy nie lubi, ale stara się ją oswoić. Świata nie widzi poza mężem, synami i teatrem. Niestety, na wszystko brakuje jej czasu. Co lubi w Białymstoku i dlaczego nie została skrzypaczką z Justyną Sieńczyłło rozmawia Urszula Krutul

Co trzeba robić, żeby być tak pogodnym człowiekiem jak Ty?

- Trzeba być białostoczaninem. To jest pierwszy warunek. Trzeba szukać powodów, które dają nam energię, które sprawiają, że jest trochę lepiej. Nawet jak nie mamy siły, nie mamy ochoty wstawać, mamy kupę problemów. Trzeba szukać pozytywów, nawet w negatywach. Ja tak właśnie staram się robić. Nie zawsze mi się udaje. Ale jak jestem w Białymstoku, to jest mi ciepło, miło, bezpiecznie jak u przysłowiowej babci czy mamy. Lubię tu przebywać. Trzeba też pracować nad sobą, własnym charakterem, jego słabościami. Ja cały czas pracuję. Na przekór przeciwnościom losu. I to się przydaje. Łatwiej jest żyć.

Jakie miejsca w Białymstoku odwiedzasz? Za którymi tęsknisz?

- Właśnie weszłam na Planty, nie byłam tam dawno. One się w ogóle nie zmieniły. Tylko rozrosły się tuje, fontanna jest taka, jaką pamiętam z dzieciństwa. W ogóle wszystko jest takie, jakie pamiętam. Uwielbiam to miejsce. Wychowałam się przy Świętojańskiej, dawnej Nowotki. Park to było moje drugie podwórko. Lataliśmy tam bez przerwy, jeździliśmy na rowerach, wyobrażaliśmy sobie inny świat...

Czasem siadałam i malowałam Pałac Branickich. Białystok to moje drugie ja. Strasznie dobrze i bezpiecznie się tutaj czuję. W Warszawie nigdy nie czuję się jak u siebie. To miejsce, gdzie pracuję. Miejsce, które musiałam polubić, ale to nie była taka miłość od pierwszego wejrzenia. Wręcz przeciwnie. Muszę się ciągle do niej przekonywać.

Z racji tego, że tam pracuję i tam się zaczynam zakorzeniać. Właśnie w Warszawie budujemy Teatr Kamienica, przy alei Solidarności 93, w samym jej sercu. Przez ten fakt i to, że mój mąż jest ze stolicą tak związany, zaczynam poznawać to miasto od drugiej strony. Ale to jest oswajanie miasta, a nie taka miłość jak do Białegostoku. Tu są czasy mojego dzieciństwa, dobrego dzieciństwa.

Przyjaciół. Te przyjaźnie ciągle są. Dziś spotkałam kolegę, którego nie widziałam całe lata - Wojtka Koronkiewicza. Był moim sąsiadem. Mieliśmy system porozumiewania się przy pomocy rur (śmiech), mieszkał o jedno piętro niżej. Był, od kiedy pamiętam, kimś innym, wyjątkowym. I taki pozostał. I to jest w nim piękne. Bo jest twórczy. I wybrał Białystok. I chwała mu za to. Wiem, że robi niekomercjalne rzeczy, ale myślę, że z perspektywy czasu bardzo ważne jest, żeby robić to, co się lubi i co daje nam satysfakcję. Bo praca jest bardzo ważna, Przynajmniej w moim życiu, ale myślę, że nie tylko w moim.

Białystok ma potencjał?

- Olbrzymi. Wystarczy popatrzeć, jak wielu aktorów, reżyserów, ludzi twórczych, którzy czegoś dokonali w swoim życiu, właśnie stąd się wywodzi. Cieszę się, kiedy słyszę jak moi koledzy mówią, że są białostoczanami. Mówią to z dumą. Pamiętam, że dziennikarze z innych miast byli zdziwieni, kiedy podkreślałam, że jestem stąd. A ja naprawdę kocham to miasto. Uważam, że ono dało mi cały potencjał. Z niego czerpię energię i pomysły, tutaj ładuję swoje akumulatory, i tak jest od lat.

Często tu jesteś?

- Bardzo często. Tu została moja rodzina. Mieszkają obecnie pod Białymstokiem. Wybudowali dom, bo śmieję się, że poczuli "zew natury". Ale ciągle pracują tutaj. Moja siostra, Joanna jest profesorem na filii Uniwersytetu Warszawskiego na Wydziale Prawa. Bardzo ją podziwiam. Jest wspaniała, pełna pasji. Specjalizuje się w prawie autorskim i obronie własności intelektualnej jednostki. Jeździ po świecie, wykłada, to wyjątkowa osoba. Rozmawiam dzisiaj z Tobą też w wyjątkowym miejscu - te mury, mury Filharmonii, to jest moje dzieciństwo.

Uczyłam się tu, wraz z moją siostrą w Szkole Muzycznej, do której posłali nas rodzice. Grałam na skrzypcach, siostra na flecie. Tutaj miały miejsce moje wielkie porażki i maleńkie sukcesy. Od początku byłam beznadziejna w nauce gry na skrzypcach (śmiech). I dobrze się stało, że nie zostałam muzykiem, bo byłabym fatalna.

Kiedy byłaś mała, to kim chciałaś być? Aktorką?

- Nie. Jak byłam mała, to podziwiałam moją siostrę, ona była genialna. Pięknie mówiła wiersze, śpiewała. A ja się strasznie denerwowałam, że nic nie potrafię. Że jestem taka beznadziejna, mała, że seplenię i w ogóle dno i wodorosty (śmiech). Ale ta motywacja, zazdrość i podziw w stosunku do siostry podziałały motywująco. Zaczęłam się uczyć.

Szkoła baletowa, ukierunkowanie przez moich rodziców wpłynęło na to, że dostałam się do PWST w Warszawie. Głównym motorem i motywacją był też oczywiście "Klaps" i moja kochana Tosia Sokołowska. Genialna, cudowna Istota posiadająca "wytrych do dusz", z którą się przyjaźnimy do tej pory i jesteśmy w stałym kontakcie. Ona potrafi spojrzeć na człowieka i dać mu idealny tekst, obsadzić go w odpowiedniej roli życiowej czy prywatnej. Posiada rzadki dar. Teraz moi koledzy, którzy są profesorami w szkole teatralnej, mówią: "Jak zdaje ktoś z "Klapsa", to wiadomo, że przejdzie, albo ma duże szanse na dostanie się do szkoły teatralnej".

Skoro tak kochasz teatr, to skąd w tym wszystkim telewizja?

- (śmiech) Z czegoś trzeba żyć. Żeby ludzie przyszli do teatru, żeby zobaczyć mnie np. w monodramie "Mój Dzikus", muszą mnie znać. A znają głównie z seriali. Bardzo się cieszę jak jestem witana słowami "nasza Justynka z Białegostoku". Ważne jest to, żebyś była rozpoznawalna. To jest też sposób na zarobek na odsetki od kredytów (śmiech). Poza tym w serialach człowiek uczy się czucia kamery, światła, partnera. Właśnie on daje najlepsze obycie z kamerą. Są plusy i minusy. Minusem jest to, że nie ma prywatności. Ale na szczęście nie jestem typem skandalistki, więc paparazzi często za mną nie latają. A już na pewno nie w Białymstoku. Również dlatego tu przyjeżdżam.

Jak poznałaś Emiliana?

- Moja mama mówi, żebym nie opowiadała po raz kolejny jak poznałam swojego męża. Przecież już wszyscy o tym wiedzą (śmiech). No, ale to dla tych, którzy tej historii jeszcze nie słyszeli (śmiech). Poznaliśmy się na zdjęciach próbnych do "Szaleństw panny Ewy". On mnie nie pamięta, udaje, że pamięta... oczy, akurat! (śmiech)

Właśnie, mówi, że zapamiętał Twoje wielkie brązowe oczy.

- Tak, i tak mu zostało (śmiech). I zawsze mówi, że te moje wielkie brązowe oczy. Ale chwała mu za to (śmiech). Potem spotykaliśmy się przelotem. Jako studentka byłam przedstawiana mu w teatrze Ateneum. A potem spotkaliśmy się w "Na szkle malowane" w Teatrze Powszechnym. I zaiskrzyło. Mamy dwóch synów. Cyprian 5 lat, Kajetan 10,5.

Jak się żyje z trzema facetami?

- Oj ciężko. Kobiety, które mają mężczyzn małych i dużych, wiedzą, o czym mówię (śmiech). To jest inny świat, testosteron od rana do wieczora. Biją się. Bez przerwy towarzyszy im rywalizacja. Są dla mnie najważniejsi. Tylko wymagają dużo czasu. A ja go nie mam i żyję w wiecznym wyrzucie sumienia. I jednym kawałkiem serca i głową jestem w domu, a drugim w pracy. To nie jest łatwe.

Boisz się o nich?

- Bardzo. Boję się, w jaki świat ich posyłam. Najpierw trochę ich wychowywałam pod kloszem. Ogród, dzieci z sąsiedztwa. Ale muszę im już ten świat otwierać. Muszą sobie radzić. Kajetan jest bardzo samodzielny. I tego świata się uczy. Jeździ sam na obozy, takie poważne - wspinaczkowe. Jestem z niego dumna. Boję się, czy będą umieli sobie poradzić w życiu, im jest dużo trudniej, mają więcej pokus od życia niż ja w ich wieku. Posyłam ich na mnóstwo zajęć. Żeby potrafili zorganizować sobie czas. To bardzo pomaga w przyszłym życiu.

Oddasz ich w przyszłości innym kobietom?

- No, nie mam wyjścia (śmiech). Mam nadzieję, że nie będę strasznie zaborczą matką, wariatką. Poza tym myślę, że wtedy bym ich straciła. Bo to ma krótkie nogi.

Marzenia? Plany na przyszłość?

- Żeby zrealizowane zostało marzenie mojego męża. Żeby teatr powstał. To będzie inne miejsce. Poetyckie, sentymentalne. Fajne, niedzisiejsze, ale w tym dobrym tego słowa znaczeniu. Tylko tyle. I żeby mi zawału nie dostał mąż po wszystkich tych nerwach. I żebyśmy byli zdrowi.

Dziękuję za rozmowę.

Wideo

Komentarze 7

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

n
nic
W dniu 21.10.2008 o 20:09, sdfsdafs napisał:


Pedały to są z Zachodu, bo na Wschodzie ich pałują i nie dają żyć (Rosja)!
G
Gość

‘sdfsdafs’, a co powinniśmy mieć, ażebyś ty się ‘podniecił’?

s
sdfsdafs

moj komentarz ususunięty wiec napisze jeszcze raz!!! czym sie tu podniecac oprocz palacu nic nie macie zwykla wies z kilkoma hipermarketami i pedalami ze wschodu!!!

a
ann...

Justyna jest ciepłym, fantastycznym i przede wszystkim bardzo dobrym człowiekiem, nic a nic nie zepsutym przez tą całą toksyczną Warszawkę.. trzymam za nią kciuki... nie w kwestii kariery, ale tak w ogóle

c
czytelniczka

to ty jestes BURAKIEM, a nie śledziem, jak nie jestes dumny z bialegostoku

=-=-=-=-=-=-=-=-=-=-=-=-=-

ja bym nie byl dumny ze jestem z bialegoscieku i nie jestem ,nienawidzę tego pseudo miasta jak niczego innego na swiecie :/ niestety jestem sledziem ;(

s
sllo

"siostra jest profesorem na filii Uniwersytetu Warszawskiego" - pani Justynka nie wie, ze od ponad 10 lat w Bialymstoku jest uniwersytet i że tam pracuje jej siostra?