Być niekwestionowanym artystą albo połamać sobie...

    <I>Być niekwestionowanym artystą albo połamać sobie palce</I>

    Małgorzata Romańska

    Gazeta Współczesna

    Aktualizacja:

    Gazeta Współczesna

    Jerzy Srzednicki rozdaje autografy podczas wernisażu.

    Jerzy Srzednicki rozdaje autografy podczas wernisażu. ©Małgorzata Romańska

    <B>Po ponad dwudziestu latach Jerzy Srzednicki, malarz ze Smolan przypomniał mieszkańcom Sejn o swoim istnieniu. W ośrodku "Pogranicze" prezentowany jest życiowy dorobek artysty. Gros prac dokumentuje barwną historię miasteczka sprzed kilkudziesięciu lat. Malarz uwiecznił Żydów, jarmarki i architekturę.</B>
    Jerzy Srzednicki rozdaje autografy podczas wernisażu.

    Jerzy Srzednicki rozdaje autografy podczas wernisażu. ©Małgorzata Romańska

    Atmosferę tych i późniejszych dni przybliżył czarno-biały film Ryszarda Wójcika z 1963 roku. Srzednicki miał wówczas 30 lat i dopiero stawał się profesjonalistą. Oko kamery zarejestrowało go jako niespotykane zjawisko na tle miejscowej społeczności. Projekcja filmu w połączeniu z wystawą stała się okazją do wspomnień i zadumy. Ludzie na chwilę przypomnieli sobie o dawnych znajomych, którzy na zawsze zniknęli z ich życia.
    Wojenne dzieciństwo
    Miał dziewięć lat, kiedy wybuchła wojna. Sejny z dzieciństwa zapamiętał jako bardzo barwne miasteczko. Tutejszą społeczność tworzyli wówczas Żydzi, Litwini i Polacy. Żyli obok siebie, w zgodzie i przyjaźni. Nikt nie wiedział natomiast, co począć z dziwacznym malarzem-amatorem, który na rynku podglądał ciekawe twarze i sytuacje, a później przelewał je na papier. Cóż było robić - ludzie pogodzili się z jego obecnością. Młody chłopak brał różne zlecenia. Dorabiał, żeby pomóc matce.
    - Straciłem ojca, kiedy miałem jedenaście lat. Został zamordowany w Dachau. Zapamiętałem go jako wspaniałego człowieka, który miał dla mnie ogromne serce. Był niezmiernie utalentowany - grał na rosyjskiej gitarze, pięknie śpiewał i nieźle malował. Po jego śmierci przeżyliśmy prawdziwe piekło, ale trzeba było sobie radzić. Wyprzedaliśmy wszystko co się da, żeby zarobić na kawałek chleba.
    Rysował więc portrety, wykonywał obrazy na zamówienie, przyozdabiał kobietom torebki i sukienki. Za drobne usługi wiejskie babiny płaciły mu jajkami, mąką albo słoniną. Ale okupacja kojarzy mu się również z ruchem oporu. Razem z Witkiem Winikajtisem, przyjacielem z dzieciństwa, współpracowali z Armią Krajową. Czasami leśni wysyłali chłopaków z meldunkami.
    Zostać artystą
    Dopiero po wojnie przyszedł czas na realizację marzeń. Mając 16 lat ruszył na podbój Wrocławia, gdzie rozpoczął studia w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. Mieszkał u wujostwa, dorabiając robotami kreślarskimi. Jego ukochanym profesorem był Eugeniusz Gepert. Po trzech i pół roku przerwał naukę z powodu trudności materialnych i choroby oczu, wywołanej kontuzją wojenną. Postanowił wrócić do swojego rodzinnego miasta i tu kontynuować pracę nad sobą. W doskonaleniu warszatu dopomogły mu konsultacje u prof. Antoniego Łyżwańskiego, a następnie u prof. Tadeusza Brzozowskiego.
    Młody artysta zamieszkał w swoim rodzinnym domu. Zajął poddasze, ponieważ nie miał serca wygnać stąd lokatorów. Jego pracownia przypominała klitkę, w której panował nieopisany bałagan, a dookoła unosił się potworny kurz. To bynajmniej nie przeszkadzało miłośnikom sztuki, którzy codziennie do rana przesiadywali u artysty. Do nich należeli - prawnicy, lekarze, farmaceuci, nauczyciele, słowem śmietanka Sejn. Siedzieli sobie na strychu i roztrząsali poważne kwestie polityczne i duchowe.
    Walka z chorobą
    Dobiegał czterdziestki, gdy zapadł na gruźlicę i musiał się poddać długiemu leczeniu. Wyjechał do Prabut pod Gdańskiem. Tamtejsze sanatorium nie robiło najlepszego wrażenia, o czym donosił w listach do sejneńskich przyjaciół.
    Na szczęście, w dramatycznej walce z chorobą pomogli mu wspaniali ludzie, zarówno lekarze jak i pacjenci. To oni troszczyli się o jego zdrowie, podsuwali jedzenie albo kupowali farby. Widocznie ta terapia odniosła skutek, ponieważ po wielu miesiącach choroby, Srzednicki doszedł do siebie i wrócił do Sejn. Tutaj ponownie przestał dbać o zdrowie. Papieroski, suto zakrapiane dyskusje aż do rana robiły swoje. I źle by się to zapewne skończyło, gdyby nie propozycja księdza ze Smolan. Duchowny dał mu zlecenie na wykonanie ambony i kilku rzeźb...
    Niespodziewany ratunek
    Ale to nie praca go tu zatrzymała. Przyczyną była Lilka, miejscowa nauczycielka, która mieszkała wówczas na plebanii. To ona naprawdę zaopiekowała się Jurkiem, a co najważniejsze, dostrzegła w nim prawdziwego artystę.
    Dziś żona, Lilka Srzednicka z humorem opowiada o ich pierwszym spotkaniu.
    - Taki tu jeden malarz z Sejn przyjeżdża. Niech pani drzwi zamyka - przestrzegał ksiądz. - Na sznurki te drzwi powiązałam. Dwa tygodnie mieszkam i nic. Wcale nie dobija się do drzwi. Pomyślałam więc, że pierwsza go zaczepię - postanowiła.
    Pomógł przypadek. Pewnego razu wróciła ze szkoły do domu. A tu na całej plebanii smród chemikaliów, wyraźnie dochodzący zza drzwi sublokatora - artysty. Zapukała. Jurek właśnie prezentował księdzu jedną ze swoich prac. Proboszcz przyjaźnie skinął na nią ręką.
    - Skorzystałam z zaproszenia, zwłaszcza, że duchowny nalegał. Ksiądz, Jurek artysta, pani nauczycielka, więc teraz sobie porozmawiamy. I tak się zaczęło, a skończyło ślubem.
    Z głową w chmurach
    Później co roku na świat przychodziły dzieci o egzotycznych imionach - Artemida, Judyta, Izyda i Eurazja, które w zdumienie wprawiały społeczność Smolan, a nawet urzędników z Sejn. Ci ostatni wreszcie ulegli namowom malarza i zaakceptowali niepospolite imiona. Jak wspominają przyjaciele artysty, w tym okresie zmienił się on nie do poznania. Widać było, że wreszcie znalazł swoje miejsce i spokój - mówili. Rzeczywiście po wieloletniej tułaczce artysta osiadł na dobre w Smolanach. Ciekawa z nich była para: on - spokojny i gadatliwy, ona - żywiołowa, rozmowna, gościnna i pracowita. Doskonale się uzupełniali. Srzednicki całymi dniami zajmował się tworzeniem i trochę wychowaniem córek. Lilka nie miała łatwego życia z tym oderwanym od świata człowiekiem. To właśnie na nią spadły wszystkie obowiązki domowe i praca w szkole.
    - Trzeba go było ściągać na ziemię - podsumowuje Lilka. - Ale na szczęście mam żonę realistkę - odcina się malarz. - Błogosławiona kobieta, która z takimi ludźmi żyje, bo oni powiększają dorobek ludzkości.
    Tylko sztuka
    Srzedniccy nie mogli narzekać na nudę, ponieważ przez ich dom przewijało się mnóstwo ludzi - przyjaciół, znajomych i tych całkiem obcych, którzy wstępowali tu z czystej ciekawości. Chcieli poznać człowieka, który zarabia malowaniem na życie i wywołuje kolejne sensacje we wsi. A to Srzednicki wyrzeźbił swoją żonę, a ksiądz postawił rzeźbę w kościele, a to namalował obraz z aniołami na rakietach albo wystrugał z drewna dwie największe plotkary w Smolanach. Właśnie ten okres, czyli lata 70, należał do najbardziej twórczych w życiu malarza. Wówczas było o nim głośno w Warszawie, Białymstoku, Krakowie, Łodzi, Lublinie, Szczecinie, Budapeszcie, Dunkierce, gdzie wystawiał swoje prace. Ale po wprowadzeniu stanu wojennego słuch o nim zaginął.
    Ku doskonałości
    Jerzy Srzednicki postanowił wycofać się z życia artystycznego, aż do momentu, kiedy osiągnie doskonałość. Nigdzie nie wychodził, zaszył się w domu i bez przerwy pracował.
    - Albo być niekwestionowanym artystą albo połamać sobie palce - poprzysiągł sobie.
    Był wobec siebie bardzo krytyczny, zniszczył sporo obrazów, ale wreszcie uznał, że czas o sobie przypomnieć.
    - Mam większe doświadczenie, potrafię lepiej analizować i obserwować świat, dostrzegam piękno tam, gdzie pozornie go nie ma. Przyroda jest matką sztuki, potem się ją interpretuje i przerabia na własny obraz świata. To właśnie przyroda jest największą inspiratorką do abstrakcji. Sztuka jest dla mnie ciągłym poszukiwaniem i sposobem na życie. Wprowadza mnie w stan transcendentalny i uspokaja moją psychikę - podkreśla artysta.
    Powrót po latach
    Dopiero w październiku 2002 roku, po długiej przerwie, jego prace można podziwiać w sejneńskiej Synagodze. Dominują portrety i abstrakcje. Na tych pierwszych artysta uwiecznił Żydów, dawnych mieszkańców miasta, niewidomą dziewczynkę i własne córki. Wykonał również autoportret, na którym występuje w roli błazna. Z abstrakcji uwagę przykuwa pochód dziwnych postaci, odnoszący się do Holokaustu i cykl opustoszałych miast, z których każde jest zupełnie inne.
    - Obraz musi być robiony z sercem i przekonaniem. Trzeba wczuć się w ludzkie cierpienie, bo obraz nie może udawać. Interesuję się psychologią, a portrety to doskonała forma wyrazu. Twarz powinna pokazywać wnętrze i charakter człowieka.
    W przypadku malarza ze Smolan twórczość doskonale współgra z osobowością. Z obrazów artysty emanuje cisza i spokój.
    - Moje dzieła mają w sobie dużą dozę ekspresji, ale nie są nachalne. To jest po prostu krzyk ciszy - podsumowuje.
    Na wystawie pojawiło się również kilka grafik Izydy Srzednickiej.

    Czytaj treści premium w Gazecie Współczesnej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (1) forum.wspolczesna.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo