Damian Janikowski i Antoni Chmielewski, czyli zapaśnik i judoka, którzy postawili na MMA

Tomasz DębekZaktualizowano 
Damian Janikowski (MMA 1-0) to medalista olimpijski w zapasach. Antoni Chmielewski (32-16) osiągał sukcesy w judo. W sobotę zawalczą na gali KSW 41 w katowickim Spodku. Korespondencyjnie zetrą się dwa zasłużone sporty olimpijskie, a do tego młodość z doświadczeniem. Bohaterowie pojedynku, a także ich trenerzy z młodości, opowiadają nam o ich krętej drodze do MMA.

Jeden to pionier MMA w Polsce, z 48. zawodowymi walkami jest najbardziej doświadczonym zawodnikiem nad Wisłą. Były judoka, który nie wystąpił na igrzyskach, bo z powodu choroby działacze postawili na nim krzyżyk. Drugi w mieszanych sztukach walki zadebiutował dopiero w maju. Wcześniej zdobył brązowy medal olimpijski w zapasach. W sobotę skrzyżują rękawice na gali KSW 41 w katowickim Spodku. Dzieli ich sporo, łączy jednak jeszcze więcej.

Uparty łobuz z Mokotowa
Chmielewski trafił na salę w drugiej klasie podstawówki. Mieszkał na Mokotowie, kilkaset metrów od nieistniejącej już sali Gwardii przy Racławickiej. – Naoglądałem się filmów z Brucem Lee, zaczęły mnie interesować sporty walki. Prosiłem tatę, żeby zapisał mnie na zajęcia z karate. On grał wcześniej w piłkę w Gwardii Warszawa. Wiedział, że klub ma bardzo dobre sekcje zapasów, boksu czy judo. Zaprowadził mnie na salę, w której odbywały się zajęcia tej ostatniej dyscypliny. Spodobała mi się dalekowschodnia otoczka, kultura judo. Na treningach nosiło się kimono. Panowała dyscyplina i hierarchia. Do każdego trzeba było mieć szacunek. Ukłonić się przed treningiem, po jego zakończeniu podziękować. To było coś nowego – wspomina 35-letni dziś „Antonio”.

– Tata do tej pory opowiada, że na pierwszych zajęciach załamywał ręce. Nie umiałem zrobić nawet najprostszych rzeczy. Ale jestem uparty jak osioł. Zostałem, i to na kilkanaście lat. Szybko przyszły pierwsze sukcesy. Na podwórku byłem raczej łobuzem, ale trenerów się słuchałem. W pierwszego, Mariana Psurskiego, byłem wpatrzony jak w obrazek – dodaje.

– Antek był bardzo zdyscyplinowanym chłopakiem. Problemy miał tylko z koncentracją. Zawsze był rozbiegany, w centrum wydarzeń. Trenował ze starszymi, bardziej utytułowanymi zawodnikami. Był jedną z jaśniejszych gwiazd na macie, naszym oczkiem w głowie. Zdobył 11 medali mistrzostw Polski, w tym trzy jako senior – podkreśla Sławomir Smater, wieloletni trener Chmielewskiego, w Gwardii pracujący od 1981 roku.

„Antonio” świetnie rokował, w 2000 roku został wicemistrzem Europy juniorów. Miał szansę na występ na igrzyskach w Atenach. Znalazł się w kadrze olimpijskiej. – Byłem numerem dwa. Numerem jeden był Robert Krawczyk. Super zawodnik, było mi strasznie przykro, kiedy w Atenach do medalu zabrakło mu sekundy. U mnie w 2003 roku wykryto genetyczną wadę nerek. Musiałem poddać się operacji. Gdyby nie to, teraz byłbym pewnie na dializach. Gdybym w ogóle jeszcze żył. Decydenci z Polskiego Związku Judo zdecydowali, że nie ma co we mnie inwestować, bo nie wiadomo co z moim zdrowiem. Rok później zająłem trzecie miejsce w mistrzostwach Polski, ale nikt się o mnie nie upomniał. A moje miejsce w kadrze zajął syn trenera... – opowiada Chmielewski.

Damian Janikowski: Z każdą kolejną walką będę zbliżał się do pojedynku o pas KSW

Właśnie dzięki chorobie i przerwie w treningach judo zaczął chodzić na zajęcia z brazylijskiego jiu-jitsu. Szło mu na tyle dobrze, że wystartował w eliminacjach turnieju vale tudo, walk w klatce na zasadach podobnych do MMA. W grudniu 2003 roku został mistrzem Polski w kategorii do 80 kg. Później wygrał turnieje KSW 2 i 3 (lipiec 2004 i styczeń 2005), w obu przypadkach pokonując w finale Łukasza „Jurasa” Jurkowskiego. Pierwszej porażki doznał dopiero w 11. zawodowej walce MMA.

Rozwijającą się karierę przerwały kłopoty osobiste, przez które stracił 2006 i 2007 rok. – Miałem problemy z prawem, i to poważne. Głupotą było, że dałem wciągnąć się w pewne machlojki, skończyło się to tragicznie – przyznaje Chmielewski. – Pamiętam, że kiedyś proponowałem mu, by poszedł na policję. Antek stwierdził, że nie mógłby się wtedy pokazać na osiedlu. Większość kolegów z miejsca, w którym mieszkał, działała po drugiej stronie barykady niż policyjna Gwardia. Antek był sprawny, więc wciągnęli go w te sprawy. Łatwe pieniądze mogły zawrócić młodemu człowiekowi w głowie. Ale Antek odcierpiał swoje i wrócił kompletnie odmieniony. Był bardziej konsekwentny i skoncentrowany na tym, co robił – dodaje Smater.

– Wracając do społeczeństwa zadałem sobie pytanie, jak ma wyglądać moje życie. Sport był moim asem w rękawie. Skupiłem się na treningach, skończyłem studia na AWF-ie. Najpierw licencjat, później magistra i dwie specjalizacje. Sport pomógł mi w realizacji własnych celów, ale też spełnianiu marzeń innych. Dzięki swoim doświadczeniom życiowym pomagam dzieciakom wybierać dobrą drogę. Nie chcę, by popełniali te same błędy co ja – podkreśla Chmielewski, którego podopieczni z S4 Fight Club na ostatnich mistrzostwach Polski zdobyli pięć złotych i dwa srebrne medale.
ciąg dalszy na następnej stronie
Do walk „Antonio” przygotowuje się w S4 oraz Akademii Sportów Walki Wilanów. Gwardia jako wielosekcyjny klub nie istnieje. Po przejęciu terenów przy Racławickiej przez Komendę Główną Policji kolejne sekcje sukcesywnie wyrzucano z obiektów. Dżudocy wytrzymali najdłużej, w 2015 roku zamknięto jednak i ich pawilon. Klub, który wychował medalistów olimpijskich, mistrzostw świata i Europy, popadł w ruinę.

– Treningi były szkołą życia. Rygor panował dość ostry. Klub był resortowy, trenerzy odpowiadali też za szkolenie policjantów. Sami w mniejszym lub większym stopniu pełnili służbę. To był klub i ośrodek sportowy z prawdziwego zdarzenia. Szkoda, że już nie istnieje. Na samym judo było kilkanaście grup młodzieżowych i seniorów. Sekcji też było wiele. Niestety, polskie władze doprowadziły to do upadku. Tak samo jak Warszawiankę i Skrę. Nikt nie dba o to, co państwowe. Za chwilę na szczytach władz i tak będzie zmiana warty, zajmie się tym kimś inny – nie ukrywa żalu Chmielewski.

– Nie jest jakąś wielką tajemnicą, że pod stołem poszły duże pieniądze, by doprowadzić Gwardię do upadku. Na miejscu terenów przy Racławickiej deweloper miał postawić osiedle. Lata temu pewne konsorcjum zapłaciło za te tereny, a ówczesne władze to przyklepały. Pozostało tylko zająć się klubem. Doprowadzić do tego, by zmarniał i zgnił, by łatwiej wjeżdżało się tam buldożerami. Każdy o tym wie, ale jeszcze nikt nie odpowiedział za niegospodarność. Gwardia wychowała wielu wspaniałych sportowców w kilkunastu dyscyplinach, na stadionie odbywały się koncerty. Ale ktoś mądry postawił budynek BOR-u, przez który nie można już tam organizować imprez masowych. A budynek i tak niedługo zostanie przeniesiony. Ot, polska logika. Takie władze mamy i mieliśmy. Szkoda, że na ich rozgrywkach cierpią najmłodsi – dodaje.

– Upadku Gwardii chyba nie można było uniknąć. Plan usunięcia klubu był realizowany przez wiele lat. Nie było tak, że wykurzyli nas z dnia na dzień. Nie chcę rzucać oskarżeń, ale władze miasta w ogóle się nie spisały. Nikt nie chciał się za nami ująć. Mieliśmy jeden z najlepszych w Polsce pawilonów do judo. W tym momencie jest już chyba rozebrany, przejechały po nim walce. Nie rozumiem, jak można było wydać na niego tyle pieniędzy, a później go zdewastować. Nie zapewniono nam innego miejsca do trenowania. Cała sytuacja była bardzo bolesna. W sekcji judo ćwiczyli policjanci z całej Warszawy. Ktoś wymyślił sobie, że 10 tys. funkcjonariuszy miało jeździć na zajęcia pod Górę Kalwarię, około 30 kilometrów. Chodziło o to, byśmy mieli problemy z dojazdem, rezygnowali z treningów, a klub upadł. My wytrzymaliśmy, ale i tak znalazł się sposób, by zamknąć stadion, a później kolejne obiekty. Udało się unicestwić świetnie funkcjonujący klub, który przez cały dzień tętnił życiem. Obiekty wybudowane przez Gwardię zostały przekazane Komendzie Głównej Policji. Ta zażądała, byśmy płacili za ich wynajęcie absurdalne sumy, bodajże 300 tysięcy miesięcznie. Nawet w skali roku nie moglibyśmy zebrać takiej kwoty – wtóruje mu Smater, emerytowany policjant, obecnie przewodniczący komisji DAN w Polskim Związku Judo.

Artur "Kornik" Sowiński przed KSW 41: Znokautuję Klebera w drugiej rundzie

Tradycje Gwardii kontynuują stowarzyszenia. Zapaśnicy trenują m.in. w wilanowskiej Akademii Sportów Walki. Sekcja judo na Jagiellońskiej. Reaktywowana drużyna piłkarzy, która w poprzednim sezonie awansowała do A-klasy (siódma liga) wynajmuje boisko na Okopowej. – Przy Racławickiej mieli trzy boiska, które stoją jako nieużytek i tylko czekają, aż powstanie tam kolejne luksusowe osiedle, takie jak po drugiej stronie ulicy. Wszyscy kopią dołki pod sportem, zabierają ludziom miejsca do treningów. Za to oczekują sukcesów i medali – denerwuje się Chmielewski.

Zapasy ucieczką od nudy
– Przez pierwsze zapaśnicze szlaki poprowadził mnie trener Leszek Użałowicz. Trafiłem na salę dzięki niemu i starszemu kuzynowi Mariuszowi Bieleckiemu. Trenerzy młodzików Śląska Wrocław chodzili po szkołach podstawowych i robili nabory. Kuzyn zapisał się na treningi. W pewnym momencie zabrał też mnie, żebym nie nudził się w domu. Spodobała mi się rywalizacja. Na sali mogłem robić rzeczy, których nie mogłem na podwórku. Czyli bezkarnie siłować się z rówieśnikami – śmieje się Janikowski.

– Damian od początku wyróżniał się sprawnością i szybkim przyswajaniem wiedzy. Nie tylko zapaśniczej, ale też dotyczącej gier i zabaw, którymi urozmaicałem treningi. Nie było tak, że od razu mogłem wskazać go jako osobę, która będzie odnosiła wielkie sukcesy. Choć szybko wiedziałem, że chciałbym mieć jeszcze kilku takich jak on. Przyszłość pokazała, że się nie myliłem. Dobrze, że nasze drogi się spotkały – dodaje Użałowicz.

Początki przyszłej gwiazdy zapasów również nie były łatwe. – Moi rodzice rozwiedli się, gdy miałem siedem lat. Przez pierwsze trzy klasy szkoły podstawowej mieszkałem z tatą w Ząbkowicach Śląskich, a brat z mamą. Później na świat przyszła jeszcze siostra. W 1999 czy 2000 roku sam chciałem pojechać do Wrocławia, do mamy. Babcia zaoferowała, że pomoże jej w opiece nade mną, bo byłem najbardziej niegrzeczny z rodzeństwa. Mniej więcej od tamtego momentu zacząłem też trenować zapasy – wspomina Janikowski.

W wojskowym Śląsku, podobnie jak w policyjnej Gwardii, młodzi zawodnicy szybko uczyli się dyscypliny. – Nigdy nie pozwalałem sobie wejść na głowę. Do młodzieży trzeba mieć cierpliwość, ale kiedy zbyt mocno im się popuści, trudno nad nimi zapanować. Damian nie był chłopakiem, z którym miałem problemy. Dobrze się dogadywaliśmy. Kiedy ja coś powiedziałem, on tego wysłuchał. Ale działało to też w drugą stronę – zapewnia Użałowicz.
ciąg dalszy na następnej stronie
Zdarzyło się jednak, że po kilkunastu miesiącach treningów Damian przestał na nie przychodzić. Trener musiał ciągnąć go z powrotem na salę. – Często zdarzało się, że jakiś chłopak zaczął opuszczać treningi. Byłem dociekliwy i sprawdzałem, o co chodzi. Szukałem ich w szkołach czy domach, ewentualnie dzwoniłem do rodziców. Rzadko którego z moich podopiecznych nie odwiedziłem w ten sposób. (śmiech) Wiadomo, jak to jest. Młodzieńczej fantazji nie brakuje. Co to za problem, oszukać rodziców że było się na treningu? Szkoda tracić wartościowych chłopaków, więc o nich walczyłem. Z Damianem miałem jedną taką sytuację. Cieszę się, że nie odpuściłem. Chodziłem, prosiłem i się udało – wspomina Użałowicz.

– Nie miałem wtedy chwili zwątpienia. Sytuacja była trochę dziwna. Nigdy o tym nie mówiłem, ale początkujący zawodnicy w sportach walki łatwo mogą złapać na macie grzybicę czy innego liszaja. Mnie to się przytrafiło. Nie pojechałem na jakieś zawody, dołożyły się do tego inne rzeczy. Faktycznie przestałem chodzić na treningi, ale to było normalne, nie chciałem zarazić chłopaków. Po kilku dniach trener Leszek przyszedł do mnie do domu. Spotkałem go na klatce schodowej. Szczerze sobie porozmawialiśmy i wróciłem na treningi – zdradza Janikowski.

Wrocławianin często podkreślał, że dzięki zapasom wyszedł na ludzi. Jego rówieśnikom z Brochowa, osiedla nazywanego „Bronxem” niekoniecznie ze względu na nowojorską architekturę, nie zawsze się to udawało. Alkohol, inne używki, często problemy z prawem. Takiej przyszłości zapaśnikowi udało się uniknąć. – Każda dyscyplina wychowuje. Przez lata pracy na treningach kształtuje charakter, systematyczność, umiejętności fizyczne. Ale wytrzymują tylko nieliczni. Zaczynałem trenować z grupą ponad 30 osób, przy zapasach zostały trzy lub cztery. Jednemu wychodziło lepiej, widział w sporcie możliwość spełnienia marzeń, inni nie chcieli się poświęcić. Tak już jest w sporcie. Na igrzyska chce pojechać milion zawodników, udaje się tylko nielicznym. Wszystko, co osiągnąłem i osiągnę zawdzięczam zapasom – przyznaje.

Damian Janikowski po KSW 39: Mamed i Borys powinni dostać owację na stojąco. Gwizdy są dla mnie niepojęte

Jego pierwszy trener zapewnia, że stereotyp zawodnika sportów walki wywodzącego się z „patologii” nie jest prawdziwy. – Gdyby przeanalizować historię, być może faktycznie osoby z domów, w których panuje bieda i przemoc, odnosiły dużo sukcesów. Choć pracuje się z nimi trudniej, ciężko zdobyć ich zaufanie. Ale ja bym nie generalizował. Grzeczne dzieciaki, które dobrze się uczą, też mogą być dobrymi zawodnikami. Trzeba tylko nawiązać z nimi dobry kontakt, by czekali na każdy trening i chcieli szlifować umiejętności. Jeśli jest taka więź, w swoim czasie przychodzą sukcesy – przekonuje.

Z Damianem szybko złapał taką więź, a jego wychowanek wyrósł na nadzieję ich ukochanego sportu. W 2011 roku został wicemistrzem świata. Rok później przywiózł srebro z mistrzostw Europy. Spełnił też pokładane w nim nadzieje na igrzyskach w Londynie. Wrócił z brązem, pierwszym medalem polskiego zapaśnika od 16 lat. Poprzednie w Atlancie zdobywali jego trenerzy Józef Tracz (klubowy), Ryszard Wolny i Włodzimierz Zawadzki (reprezentacyjni). Po piątym miejscu na mistrzostwach świata 2013 i brązowym medalu ME rok później, na igrzyskach w Rio de Janeiro znów miał być jednym z faworytów. Nie udało mu się jednak uzyskać kwalifikacji olimpijskiej.

„Porażki, których doznałem, bolą bardzo. Przegrałem widocznie, z zawodnikami, z którymi nie powinienem przegrać nigdy. Człowiek się stara, ale czasem po prostu nie wychodzi. Nie obwiniam nikogo, tylko siebie. Jest mi wstyd (…) Nie rezygnuję ze sportu, mam zapał na więcej. Jeśli chodzi o MMA, to będzie moja następna ścieżka życia i kierunek” – napisał wówczas na Facebooku.

Ze sportów olimpijskich do MMA
Czy ze sportu w Polsce można dobrze żyć? Jeśli jest się piłkarzem, jak najbardziej. Dobre pieniądze od jakiegoś czasu są też w MMA. Kilkanaście lat temu mieszane sztuki walki nad Wisłą dopiero jednak raczkowały. W sportach olimpijskich, choćby judo, kokosów też nie było. – Kiedyś za trzecie miejsce na mistrzostwach Polski dostałem 300 złotych nagrody – wspomina Chmielewski. – I tak załapałem się na dobry okres w klubie. Za czasów SLD władze jakoś jeszcze dbało o sport. Dostawałem stypendia z Gwardii i od państwa, jako medalista mistrzostw Europy juniorów i Polski seniorów. W sumie było tego około dwóch tysięcy złotych. Jak na 18-latka całkiem sporo. Gdyby było tak dalej, mógłbym się skupić tylko na judo. Ale w naszym kraju wszystko co dobre szybko się kończy. Stypendia i dotacje na sport poucinano. Nie było pieniędzy, więc każdy zaczynał kombinować. Moja kariera i życie poszły w złym kierunku. Na szczęście udało mi się odnaleźć w MMA – przyznaje. – Tam na początku też nie było dużych pieniędzy. Ale dyscyplina miała potencjał. Wiedziałem, że będzie się rozwijać. I miałem rację. Teraz w mieszanych sztukach walki można zarabiać całkiem nieźle – dodaje.

W pionierskich czasach opinie o MMA były, łagodnie mówiąc, różne. – Na początku faktycznie wyglądało to niezbyt ciekawie. Dwóch łobuzów biło się po twarzach w klatce. Dopiero po jakimś czasie ludzie zaczęli patrzeć na MMA jak na pełnoprawną dyscyplinę sportu. Fajne show, które wymaga od zawodników dużych umiejętności – mówi Chmielewski.

– Może nieliczni dziwili się, czemu pozwalamy by Antek startował w judo i MMA. Ale ja nie odbierałem tego w ten sposób. Wręcz przeciwnie, byliśmy dumni z tego, że osiąga sukcesy. Podczas pierwszych Konfrontacji Sztuk Walki w restauracji Champions prał wszystkich przedstawicieli innych dyscyplin. Zawsze miał zadatki do sportów uderzanych i kopanych. Nie bał się walczyć, lubił rywalizację. Pamiętam, że nawet najsłynniejszy polski trener judo Ryszard Zieniawa cieszył się, że wygrane Antka przynoszą naszemu sportowi splendor. Wtedy nikt nie trenował MMA, tylko bazowe dyscypliny. Nigdy nie starałem się go powstrzymać przed mieszanymi sztukami walki. Przynosiło mu to dużo frajdy. Poza tym nie miałbym nawet argumentów za tym, by został w judo, bo tu będzie mu lepiej. MMA było dla niego korzystniejszym rozwiązaniem – uważa Smater.
ciąg dalszy na następnej stronie
Janikowski do MMA przeszedł już, gdy była to rozpoznawalna i doceniana dyscyplina. Twarze KSW, jak Mamed Chalidow czy Mariusz Pudzianowski, zna niemal każdy Polak. Dość powiedzieć, że debiut wrocławianina na PGE Narodowym oglądało na żywo blisko 58 tysięcy kibiców. Mieszanymi sztukami walki interesował się jednak już wcześniej. W 2010 roku zdobył nawet tytuł mistrza Polski amatorów w Shooto C. Na zawody pojechał w tajemnicy przed trenerami, co bardzo nie spodobało się w klubie.

– To była spontaniczna decyzja. Później padło kilka słów za dużo. Zachowano się wobec mnie nieładnie. Bardzo chciałem wtedy dostać się do Wojskowego Zespołu Sportowego. Zagrożono mi, że jeśli mi na tym zależy, nie mogę robić tego czy owego. To bardzo źle, że zawodnik trenujący codziennie, rozwijający się, nie opuszczający zgrupowań, nie może uprawiać innej dyscypliny, choć ma na to siłę. Przecież mogło mi to wyjść tylko na dobre. Dzięki treningom MMA mogłem rozwijać się w innym kierunku, stawać się lepszym zawodnikiem. Myślę, że moje zainteresowania innymi sportami pomogły mi w osiąganiu sukcesów. Po treningach zapaśniczych uzupełniałem swoją wiedzę podczas zajęć z brazylijskiego jiu-jitsu czy boksu – zaznacza Janikowski. – Z drugiej strony, rozumiem trenerów. Polski Związek Zapaśniczy i klub wykładały pieniądze na moje przygotowania. Zmierzałem do medali mistrzostw świata i igrzysk. Trenerzy nie chcieli, żeby podczas uprawiania innego sportu przytrafiła mi się jakaś krzywda – dodaje.

– Dochodziły do mnie sygnały, że Damian próbuje sił w MMA. Ale nie robiłem z tego tragedii. Sądziłem, że władze klubu i związku nie dopuszczą do tego, by taki chłopak odszedł do innego sportu. Niestety, stało się inaczej. Szczerze żal mi, że Damiana nie ma już w zapasach. Chciałem, żeby na igrzyskach w Rio powtórzył sukces z Londynu. Może nawet zdobył złoto, do którego cztery lata wcześniej niewiele mu zabrakło – podkreśla Użałowicz. – W życiu zawsze chodzi jednak o pieniądze. Jeśli ktoś jest bardzo dobry w tym, co robi, musi godnie zarabiać. Czasy, w których ktoś trenuje za tysiąc złotych już minęły. Kocham zapasy, ale atmosfera w naszym środowisku nie jest zdrowa. Mnie też spotkało dużo krzywdy. Od 1,5 roku nie jestem już trenerem w Śląsku Wrocław. Okazałem się niepotrzebny, koledzy mnie zostawili. Co zrobić, szkoła życia. Wychowałem kilku zawodników, którzy zdobywali później medale mistrzostw Europy i świata. W polskich zapasach panuje wielka zazdrość. Może nawet lepiej, że Damian ma okazję na rozwijanie się w innym sporcie. Życzę mu z całego serca, by w MMA dotarł na sam szczyt – dodaje.

28-latek nie ukrywa, że decyzja o przejściu do MMA była dla niego korzystna finansowo. – Trudno utrzymać zawodników w sportach olimpijskich. Młodych ludzi, którzy zaczynają osiągać sukcesy, trzeba zachęcić do poświęcenia się sportowi stypendiami czy nagrodami. Ja akurat szybko zacząłem osiągać wyniki, za które dostawałem środki z Polskiego Związku Zapaśniczego czy ministerstwa. Chociaż przychodziły czasy, gdy nie obroniłem medali i pieniądze były zabierane. A człowiek musiał spłacić kredyt mieszkaniowy, utrzymać rodzinę, za coś żyć. Po powrocie z obozu zawodnicy jak wszyscy ludzie chcą sobie coś kupić czy zabrać bliskich na wakacje. To też bardzo potrzebne. Trudno jest żyć samym sportem i medalami. Postawiłem na zapasy, nie skończyłem jakiejś wysokiej szkoły. A kariera nie trwa w nieskończoność. Gdyby nie MMA, kończąc z zapasami zostałbym biednym człowiekiem z medalem olimpijskim w gablocie. Dopiero po ukończeniu 40. roku życia mógłbym wysłać pismo do PKOl i upomnieć się o świadczenie. Takie są realia w naszym kraju – przyznaje Janikowski.

Jego pierwszy trener zwraca uwagę na to, że pieniądze w polskich zapasach są przede wszystkim źle wydawane. – Nawet gdyby spadło nam z nieba pięć milionów, na coś pewnie dalej by brakowało. Chciałbym, żeby w mojej ukochanej dyscyplinie było jak najlepiej. Prawda jest jednak taka, że dopóki nie dojdzie do zmiany warty niektórych osób decyzyjnych, licząc na lepszą przyszłość oszukujemy samych siebie. W polskich zapasach działają osoby, które już od dawna powinny sobie znaleźć inne atrakcje. Wędkowanie, grzybiarstwo... Cokolwiek, byle tylko zostawili sport ludziom z pasją. Takim, którzy zajmą się nim, bo chcą jak najlepszych wyników. A nie szukają tylko okazji, by z powodu zajmowanego stanowiska coś skapnęło im do kieszeni – apeluje Użałowicz.

Doświadczenie kontra młodość
W majowym debiucie Janikowski szybko rozprawił się z Amerykaninem Julio Gallegosem. Już w drugiej walce zmierzy się z tak doświadczonym zawodnikiem jak Chmielewski. – Nie kalkuluję w ten sposób. Co z tego, że Antek ma prawie 50 walk, a ja jedną? Obaj mamy po dwie ręce i nogi. Trenujemy po to, żeby piąć się do góry i wygrywać kolejne walki. Im lepszy przeciwnik, tym bardziej wartościowe zwycięstwo – podkreśla zawodnik, który na początku roku przeprowadził się do Warszawy.

– To ja mam zdecydowanie więcej do stracenia. Jeśli Damian wygra, zrobi duży krok do przodu. Porażka niczego mu nie zabierze. Każdy powie, że spróbował sił z bardzo doświadczonym rywalem, nie udało się, bo złapał byka za rogi trochę zbyt wcześnie. Ale nadal będzie zawodnikiem, przed którym kariera stoi otworem. Za to jeśli ja przegram z początkującym fighterem, choć wybitnym sportowcem, będę musiał się poważnie zastanowić się nad swoją przyszłością w MMA – dodaje Chmielewski, który nadal celuje w walkę o pas mistrza KSW wagi średniej. – Zawsze chcę walk o najwyższe cele. Kiedy przestanie mi na tym zależeć, będę wiedział, że trzeba już odpuścić. Jeśli nie robi się czegoś na sto procent, to lepiej dać sobie spokój. Na razie wciąż płonie we mnie ten ogień – przekonuje.

W pewnym sensie starcie Janikowskiego z Chmielewskim będzie też pojedynkiem zasłużonych sportów olimpijskich, z których obaj się wywodzą. – To Konfrontacja Sztuk Walki, jak wskazuje nazwa organizacji, dla której występujemy. Obaj osiągaliśmy sukcesy w naszych bazowych dyscyplinach, teraz dokładamy do nich umiejętności z kolejnych. Ten, który w sobotę zrobi to lepiej, wyjdzie z tej walki zwycięsko – uważa „Antonio”.

– Myślę, że to będzie dobra reklama dla obu sportów. W tym momencie obaj jesteśmy zawodnikami MMA. Śmiesznie by to wyglądało, gdyby Antek próbował atakować mnie tylko rzutami rodem z judo, a ja jego chwytami zapaśniczymi. Nie na tym to polega. Jesteśmy wszechstronnymi wojownikami. Damy dobrą walkę, w której zaprezentujemy techniki z różnych dyscyplin – dodaje Janikowski.

Niespełna 6,5 roku temu doszło już do pojedynku doświadczonego w MMA judoki z początkującym w mieszanych sztukach walki zapaśnikiem. Obaj byli zresztą mistrzami olimpijskimi w swoich dyscyplinach. Paweł Nastula nie dał wówczas szans Andrzejowi Wrońskiemu (była to dla niego pierwsza i ostatnia walka w MMA), nokautując go w nieco ponad minutę. Czy historia w sobotę się powtórzy? Według bukmacherów nie, zdecydowanym faworytem jest Janikowski. Ale wszystko zweryfikuje klatka. Pewne jest tylko, że żaden, cytując Mariusza Pudzianowskiego, "tanio skóry nie sprzeda".

Tomasz Dębek
Obserwuj autora artykułu na Twitterze

Damian Janikowski: Z każdą kolejną walką będę zbliżał się do pojedynku o pas KSW

Wideo

Materiał oryginalny: Damian Janikowski i Antoni Chmielewski, czyli zapaśnik i judoka, którzy postawili na MMA - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
G
Gumi

Bardzo fajny felieton. Dużo szczerych słów o sportach tradycyjnych...nietety ktore kuleja przrez nieodpowiednich ludzi. Pamietam jak chcialem zapisac sie na judo jako dorosla osoba:) w Lodzi...odziwo UK..istnialy cale grupy dla doroslych.. Dziadostwo!!!!!!!

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3