Michał był skazany na karę śmierci 12 razy

Roman Laudański [email protected]gionalne.pl
Udostępnij:
Mama sprzedała dom, żeby opłacić prawników, ale nie przyczynili się do mojego uwolnienia - opowiada Michał Pauli.

Dziesięć lat temu, w 2002 roku, Michał Pauli miał córkę, byłą żonę, trzydzieści lat, puste konto i nieudany interes (pracownia ceramiczna) za sobą. Postanowił wrócić do życia w podróży. W Tajlandii poznał kobietę, z którą się zaprzyjaźnił. Poprosiła go o wysłanie z Polski do Tajlandii tabletek ecstazy.

Najpierw w dwunastu listach. Później w paczce. Przyjaciółka współpracowała z policją.
Policja współpracowała z amerykańskim Urzędem ds. Walki z Narkotykami.
Kiedy się o tym dowiedział, było już za późno. - To nie było mądre - wyznał młodzieży podczas spotkania w Wyższej Szkole Gospodarki w Bydgoszczy.

Drzwi do Europy

Dziś Michał maluje, pisze książki i jeździ na spotkania autorskie. Od dziecka dużo podróżował. Upadek muru berlińskiego otworzył mu drzwi do Europy. Z Krzysztofem Kasą Kasowskim urwali się na rocznego "giganta" do Francji i Hiszpanii.

Trochę malował, próbował wypalać ceramikę, później chciał sprowadzać rękodzieło z Tajlandii.
- Zainteresowałem się buddyzmem, później Azją - opowiada. - Fascynowało mnie, że tam czas płynie inaczej.

Na podstawie książki Michała Paulego "12 razy śmierć. Opowieści z Krainy Uśmiechu" Filip Bajon chce nakręcić film. - Kilka razy podkreślał, że moje doświadczenia są rodem z "Procesu" Kafki - mówi Michał.

W książce opisuje współwięźniów - najczęściej narkomanów lub handlarzy narkotyków. Pochodzą z różnych krajów.

W życiu imali się najbardziej niezwykłych zawodów i profesji. W którymś momencie zaczynali palić, wciągać, brać lub handlować.

Wtedy trafiali do więzień. Wyroki od 25-, 50-, do stu lat.
W każdym wieku trudno sobie wyobrazić stuletnią odsiadkę.

- Wolność ma najwspanialszy smak na świecie - zapewnia Michał Pauli. - Z tajskiego więzienia zostałem przekazany do aresztu dla imigrantów. Stamtąd przewieźli mnie na lotnisko do samolotu i to było pierwsze miejsce, w którym poczułem się wolny.

Do kraju leciał przez Austrię. Wspomina, że nareszcie mógł sam o sobie decydować. Mógł pójść prosto, skręcić w dowolną stronę. Nikt go nie zatrzymywał.

Ostatni w kolejce

Pierwszy rok w więzieniu spędził zakuty w czterokilogramowy łańcuch na nogach. W jednym z więzień Tajowie okradli go ze wszystkiego. Przyłączył się do Pakistańczyków, którzy postanowili ukarać Tajów. Rozpoczęła się totalna bijatyka, w której uzbrojony w skarpetkę wypełnioną kamieniami musiał udowodnić, że nie ma w nim strachu.

- W klatkach wielkości pięć na dziesięć metrów siedziało 50 ludzi - wspomina. - Jeśli było miejsce - spałeś na ziemi. Azjaci traktują farangów - białych - lepiej, ale nie w więzieniu. Na każdym kroku czułem, że odgrywają się na mnie. W kolejce po miskę ryżu zawsze byłem ostatni.

Dodaje, że do więzienia trafił przez narkotyki, ale w więzieniu nie było żadnych problemów, żeby zamówić je u strażników. Tylko trzeba było mieć pieniądze. - To było nieustanne życie na krawędzi - podkreśla. Stworzył sobie w głowie własny świat, w którym nie tylko marzył o powrocie do domu. Więzienie sąsiadowało z lotniskiem. Przez zakratowane okno widział duże samoloty startujące do wolności. Ten widok doprowadzał go do szaleństwa.

Na więziennym podwórku były fabryki prowadzone przez strażników. Nikt im nie płacił za pracę, a zajmowała ona tylko czas potrzebny na zdobycie wody czy jedzenia.

W tajlandzkim więzieniu nie przetrwałby bez pieniędzy. Rodzina przesyłała je za pośrednictwem polskiej ambasady na konto więzienia, dzięki czemu mógł kupować trochę lepsze jedzenie. Pamiętająca czasy wojny babcia Michała pomiędzy strony kolorowych magazynów wklejała banknoty i wysyłała wnukowi. - Mama sprzedała dom, by opłacić tajskiego i polskiego prawnika, a żaden z nich nie przyczynił się do mojego uwolnienia - wspomina Michał Pauli. - Rodzina mnie nie potępiła za to, co zrobiłem. Bardzo się przejęli.

List z Polski

Pewnego dnia podszedł do niego w więzieniu Irańczyk i zapytał, jak wymawia się imię dziewczyny, która napisała do niego list. Z Polski. Od Ewy z Łodzi.

- Co prawda urodziłem się w Kielcach, ale w Łodzi mieszkałem wiele lat, musiałem mieć ten list - opowiada Michał. - Zaczęliśmy korespondować.

Ewa przeczytała dramatyczną historię Australijczyka, który także siedział w tajlandzkim więzieniu. Okazało się, że w Łodzi mają masę wspólnych znajomych. Pisali do siebie coraz częściej. Przez lata wysłali do siebie tony listów. Z przyjaźni zrodziła się miłość. Chcieli się pobrać. Ewa przyjechała do Tajlandii, żeby jak najczęściej widywać się z Michałem.

Ewa w Tajlandii uczyła angielskiego. Zwątpiła, czy Michał kiedykolwiek wyjdzie z więzienia. Poznała Taja. Wyszła za niego. - Wtedy to był dla mnie straszny, kolejny dramat - przypomina.
Po roku wyszedł z więzienia.

Potrzebna łaska króla

Podczas odsiadki nie tylko wymyślił kilka szalonych planów ucieczki (m.in. spektakularne lądowanie śmigłowca w środku spacerniaka), ale zaczął pisać listy do MSZ-tu, różnych instytucji i parlamentarzystów. Rodzina i przyjaciele pisali prośby o pomoc.

Ale Michał został skazany za narkotyki. Który polityk będzie chciał komuś takiemu pomóc? Tłumaczył, przekonywał, że w życiu nie wplatałby się w coś takiego, gdyby nie policyjna prowokacja.
W tajlandzkim prawie tylko król może uniewinnić skazanego. Skazanych jest tam ok. 70 tys. ludzi. Połowa stara się o łaskę króla. Udziela jej jednemu więźniowi co dwa lata.

Ewa napisała do Michała, że były prezydent Lech Wałęsa, nagrodzony pokojowym Noblem, zdecydował się podpisać list do króla w jego sprawie. Zgodzili się na to również były prezydent Aleksander Kwaśniewski i prezydent Lech Kaczyński.

W listopadzie 2009 roku król Tajlandii okazał Michałowi łaskę.

- Po latach spotkałem się z Aleksandrem Kwaśniewskim, który powiedział mi, że to była jedna z niewielu okazji, by trzech - tak różniących się prezydentów - podpisało się na jednym dokumencie - dodaje Michał Pauli.

Ta książka jest o systemie

Do Tajlandii nie pojedzie już nigdy w życiu. - Napisałem książkę o systemie, a nie o kraju, który jest przepiękny. Bałbym się tam pojechać, bo mogliby mnie ponownie aresztować pod jakimkolwiek zarzutem. Tajowie nie lubią, kiedy ktoś ich opisuje, a ja to zrobiłem w swojej książce.

Polski wymiar sprawiedliwości chce skazać go za to samo co Tajowie. Adwokaci go uspokajają, ale - jak w "Procesie" Kafki - wszystko jeszcze jest możliwe.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

w
witek
A jak odda matce pieniądze ,to niech znów zaczyna od handlu.
Dobry interes , tylko oleju w BANI brak !!!
Proponuję rozpocząć życie od początku ... to znaczy od przedszkola.
Ale jak widać na naukę już za póżno.
Ta ma taką wartość jak jej piszący.
o
ona_1
Jak już sprzedasz cały nakład swojej książki, to oddaj matce pieniądze i dorośnij.
Przejdź na stronę główną Gazeta Współczesna
Dodaj ogłoszenie