Tokio 2020. Kajetan Duszyński, bohater polskiej sztafety: Jestem typem nerda

Przemysław Franczak
Przemysław Franczak
Tokio 2020. Złota polska sztafeta mieszana 4x400 m. Kajetan Duszyński na pierwszym planie.
Tokio 2020. Złota polska sztafeta mieszana 4x400 m. Kajetan Duszyński na pierwszym planie. Pawel Relikowski / Polska Press
„Kajetano, kapitano!” - krzyczał podczas transmisji Przemysław Babiarz, gdy Kajetan Duszyński rozpoczynał bieg po złoto w sztafecie mieszanej 4x400 m. 26-latek z Siemianowic Śląskich w niespełna 45 sekund z nieznanego szerzej zawodnika zmienił się w mistrza olimpijskiego. Na dodatek takiego, który dzień później zrobił dziennikarzom wykład z krystalografii białek, genetyki i ewolucji. Naprawdę wyjątkowo rzadki przypadek w sporcie. Światowym sporcie.

Od startu minęła niespełna doba. Ile razy oglądał pan już ten bieg finałowy?
Ani razu. W sumie nie było na to czasu, ponieważ w każdej wolnej chwili odpisuję na gratulacje. Staram się każdemu odpowiedzieć. Wszyscy się ze mnie śmieją, że tak postępuję, ale jest to dla mnie na razie naturalne. Myślę, że gdy się z tym zmęczę, to może zacznę oglądać, ha ha. Mam też problem z dostępnością do tego nagrania, ale jakoś je sobie zorganizuję.

Ludzie widzieli to tak: ostatni łuk, ostatnia prosta, a pan mija z ogromnym luzem i zapasem sił kolejnych rywali. Nie dziwił się pan wtedy, że tak łatwo idzie?
Raczej czułem, że z każdym krokiem się rozpędzam. To dodawało mi energii, nie czułem kompletnie zmęczenia. Pojawiła mi się myśl, że będziemy mieć to złoto. Fenomenalna robota sztafety i jej cudowne zwieńczenie.

Pierwszy telefon po finale było do…?
Do dziewczyny Andżeliki. Zaniemówiła. I to chyba była najdziwniejsza reakcja, ponieważ zawsze zalewa mnie słowami. A tym razem odjęło jej mowę. Była w szoku.

Dotarło już do pana, że te kilkadziesiąt sekund w zasadzie zmieniło pana życie?
Zdecydowanie tak. To jest dla mnie tak przełomowy moment, że nawet sobie nie wyobrażam tych kolejnych dni. Trzeba będzie podjąć dużo decyzji, które będą kształtować moją przyszłość. Do tej pory rozważałem, czy bardziej się poświęcić nauce czy bardziej sportowi. Osoby, które mnie otaczają, sugerowały, że powinienem zaryzykować ze sportem. Jak widać, to się opłaciło.

Czyli krystalografia białek, pojęcie, z którym zaznajomił pan po finale całą Polską, idzie w kąt?
Na razie białka pójdą w kąt, ale jeszcze do nich wrócę.

A tak konkretnie, to czym pan się zajmuje w laboratorium łódzkiego Instytutu Biotechnologii Molekularnej?
Aktualnie zajmuję się albuminami surowiczymi. To takie białka występujące we krwi, które odpowiadają za transport wielu substancji, na przykład leków. Generalnie jest to bardzo interdyscyplinarna nauka. Łączy chemię i fizykę, którymi zawsze się interesowałem, a ma bardzo duże zastosowanie praktyczne. Można w ten sposób pomagać leczyć choroby, może nie bezpośrednio, ale właśnie w pośredni sposób przez projektowanie leków i różnych substancji biologicznie aktywnych.

Skąd akurat takie zainteresowania?
Na studiach biotechnologii była to jedna gałęzi nauki. Sam nigdy o tym wcześniej nie słyszałem. Dopiero wykładowcy zainteresowali mnie tym tematem i poszedłem w tym kierunku.

I na czym polega pańska praca?
Głównie chodzi o ekspresję białek z komórek bakteryjnych, czyli – tak jakby - wydzielanie ich, oczyszczanie. Ten eksperyment jest dosyć skomplikowany, ale jest w nim piękne to, że trzeba właśnie skrystalizować białko o bardzo wysokim stopniu czystości, a następnie puścić przez niego promienie dyfrakcyjne i określić na tej podstawie strukturę tego białka.

Planuje pan po zakończeniu kariery sportowej zająć się tym zawodowo?
Bardzo bym chciał, zależało mi na tym od początku, od kiedy poszedłem na studia. Na razie jednak nie wiem, ile moja kariera będzie trwała. W ostatnim roku postawiłem na sport i prawdę mówiąc doktorat zawiesiłem. Mimo, że moi promotorzy bardzo idą mi na rękę i wspierają. Aczkolwiek ludzie mnie zapewniają, że na karierę naukową zawsze jest czas. Mogę doktorat zrobić spokojnie po trzydziestce, dlatego na razie nie stresuję się tym tak bardzo.

Ale do Tokio zabrał Pan pewnie torbę pełną naukowych książek?
Ale nie o biotechnologii, akurat o ewolucji. Nie przepadam za beletrystyką, lubię czytać rzeczy, które pogłębiają moją wiedzę.

A w sporcie da się pańską wiedzę wykorzystać?
Oczywiście. Sport to jest przede wszystkim fizjologia i biochemia, to są bardzo pokrewne dziedziny. Dlatego staram się przekładać zdobytą wiedzę w praktykę.

To trenerzy nie mają z panem lekko.
Trafione w sedno. Mój trener bardzo wielokrotnie wspomina, że ciężko przede mną pracuje. Dogadujemy się, choć często podważałem jakieś decyzje, czasami się spieramy. Jednak z drugiej strony bardzo mu ufam i bazuję na jego doświadczeniu. I w tym sezonie to widać, że to się po prostu opłaciło. Poprzednie były trochę zaprzepaszczone właśnie przez moje analizowanie, poleganie na swoich decyzjach.

No dobrze, teraz pan biega, jest aktywny. Widzi się pan siedzącego w laboratorium przez kilkanaście godzin dziennie?
Tak, ja jestem typem nerda, ha ha. Jestem towarzyski, lubię rozmawiać z ludźmi, ale stronię od imprez. Nie lubię rozrywkowego życia. Wolę usiąść sobie sam przy komputerku i robić swoje. A sport zawsze mi towarzyszył i to też jest to, co kocham robić. Rozstania z nim sobie na razie nie wyobrażam, ale w świecie nauki jest ludzi aktywnych sportowo, więc kontakt zawsze będzie.

Jak można pogodzić tak poważny kierunek z zawodowym uprawieniem sportu?
Ale to są trzy godziny treningów dziennie, poza tym mamy dużo czasu wolnego, który można dobrze wykorzystać i warto znaleźć sobie zajęcie. W moim przypadku to jest nauka. Jednak czymś innym są studia pierwszego stopnia od studiów doktoranckich. Tu już wyzwanie jest większe, dlatego postanowiłem je na razie zawiesić.

To znów pan nas zaskoczył. Sportowcy zazwyczaj narzekają, że za ciężko pracują i nie mają na nic czasu.
Nie mówię, że sportowcy są leniwi i trenują mało, ale mimo wszystko jest dużo czasu na regenerację. Tenisista może trenować, powiedzmy, po osiem godzin dziennie, bo jego wysiłek jest skoncentrowany na pracy tlenowej, która nie męczy długoterminowo. My mamy wysiłek o bardzo wysokiej intensywności, w przeciągu godziny możemy się sponiewierać do takiego stanu, że nie wystarczą nam trzy dni odpoczynku. To są konkurencje eksplozywne, w których potrzebny jest czas na regenerację. A ja uważam, że wtedy można robić różne rzeczy.

W wiosce olimpijskiej nie ma chyba za wiele osób, z którymi można porozmawiać o białkach?
Ha ha, niestety nie. Jest mi z tego powodu bardzo smutno. To jest najgorsze, że jeżeli człowiek czymś się, a nie ma z kim o tym porozmawiać, to traci do tego zapał. Ja tak właśnie żyję, że gdy jestem na uczelni, a od pół roku mnie tam tak naprawdę nie było, to wtedy jestem bardzo nakręcony. Lubię to robić. A kiedy się z tym rozmijam, to trochę tracę do tego energię.

Rektor pewnie jednak jest dumny, może będzie łatwiej ten doktorat zrobić.
Oby za wyniki sportowe nie dawali tytułów naukowych, bo źle skończymy. Uważam, że sport powinien być bardziej formą promowania uczelni. Jak w Stanach. A ze strony uczelni, moich promotorów i wspaniałych ludzi w katedrze czuję wielkie wsparcie.

Wspominał pan wcześniej, że temat pańskiego doktoratu ma też coś wspólnego z koronawirusem. Gdy słyszy pan ludzi, którzy mówią, że pandemia to bujda na resorach, to co sobie myśli?
To wynika po prostu z niewiedzy. Też wielu rzeczy nie wiem, ale słucham naukowców. Naszym celem jest to, żeby edukować ludzi. Nie wyśmiewać, tylko tłumaczyć. Wiele osób na zgrupowaniach często mnie pyta, co sądzę o szczepieniach czy koronawirusie. A ja zgodnie z tym, co mówią naukowcy, staram się taką wiedzę przekazywać. I, z czego bardzo się cieszę, wielu ludzi udaje mi się przekonać. Dzięki nauce możemy bezpiecznie żyć w tych czasach i wychodzić z takich smutnych sytuacji jak teraz.

A czy zbadał pan pod kątem naukowym te nowe, cudowne kolce?
Pod kątem naukowym nie, bo na to jest za wcześnie. Mogę się zgodzić jedynie z tym, że człowiek jest w nich wyższy, przez co może wykonać dłuższy krok. To jest największa różnica. Plus twardość tej wkładki karbonowej. Można oczywiście powiedzieć, że oddaje więcej energii, jest bardziej sprężysta i to widać po czasach, które się w nich uzyskuje. Jednak według mnie potrzeba większej próby statystycznej, żeby takie wnioski wyciągnąć. Znam ludzi, którzy kupili takie kolce, a nie poprawiali rekordów życiowych. Może jednak rzeczywiście pomagają. Problem polega na tym, żeby do takiego sprzętu był równy dostęp. Większość ekip z nich korzysta, więc rywalizacja wyrównuje się pod tym względem. Decyzja o dopuszczenie tych butów została podjęta już wcześniej i raczej nie da się tego cofnąć.

Skąd się wzięła lekka atletyka w pana życiu?
Początkowo chciałem grać w piłkę nożną, ale rodzice nie chcieli mnie na nią zapisać. Nie pytajcie, dlaczego, nie uzyskałem odpowiedzi. W pewnym sensie z desperacji i poszukiwania aktywności fizycznej postanowiłem sobie biegać sam. To były ostatnie lata podstawówki, kiedy wychodziłem na jakieś rozbiegania, a później z inicjatywy mamy trafiłem do szkoły sportowej w Chorzowie. Tam właśnie spotkałem trenera Krzysztofa Podchula i to on mnie w zasadzie ukształtował. A później pracowałem już z Krzysztofem Węglarskim, z którym osiągnąłem te największe sukcesy.

Do biegów też podchodzi pan analitycznie, naukowo?
Każdy bieg mam rozpisany na poszczególne dystanse, mam nagrania i staram się je analizować. Bardzo interesuję się lekkoatletyką. Lubię śledzić wyniki innych zawodników. Podziwiam biegaczy szybszych ode mnie i staram się z nich czerpać.

Z kogo konkretnie?
Od każdego człowieka, którego spotkam, staram się coś wyciągnąć. Nie mam jednego autorytetu. Z polskich biegaczy zawsze najbardziej mi imponował Rafał Rafał Omelko, też naukowiec. Dobrze mi się z nim zawsze rozmawiało. Poza tym inspiracją byli zawsze dla mnie biegacze amerykańscy i afrykańscy, są po prostu fenomenalni. Zarzucano im, że może grają nieczysto, ale ja dopóki nie usłyszę dowodów, to jednak wierzę w czysty sport.

Coś czujemy, że zaraz nam pan wyjaśni teorię o różnicach w strukturze mięśni czarnoskórych biegaczy, która ma im dawać przewagę nad białymi zawodnikami.
O, to jest bardzo ciekawe. To jest tak zwana mutacja genu ACTN3. Utrata włókien szybkokurczliwych predestynowała Europejczyków do lepszego zachowania temperatury w naszym klimacie. To ma znaczenie ewolucyjne. Może przez to jesteśmy wolniejsi, aczkolwiek ta mutacja jest dosyć rzadka, występuje u 20 procent populacji. Możliwe, że ja wcale jej nie mam i jestem po części czarnoskóry pod tym względem, ha ha. Bo jednak wyróżniam się wśród populacji kaukaskiej.

Wyróżnia się pan tym, że jest pierwszym historycznym mistrzem olimpijskim w sztafecie mieszanej.
No tak, można tak powiedzieć. Jednak trzeba pamiętać, że nigdy mutacja jednego genu nie decyduje o makroskopowych efektach. Znam takie badanie, gdzie mistrz olimpijski miał właśnie mięśnie niby wolnokurczliwe, miał geny, które predysponują do zerwania ścięgna Achillesa, a zdobył złoto. To są bardzo złożone sprawy. Tego nie można analizować zero-jedynkowo. Nauka nie jest w stanie jeszcze tego opisać.

Pan robił sobie badania genetyczne pod kątem predyspozycji sportowych, biegowych?
Chciałem, ale zrezygnowałem. Może zrobię to dopiero po zakończeniu kariery. Nie chciałbym się teraz dowiedzieć, że nie mam genetycznych predyspozycji do lekkiej atletyki.

Ten złoty medal na pańskiej szyi mówi, że to niemożliwe.
Piękny jest, co nie?

Pytał i notował w Tokio Przemysław Franczak

Materiał oryginalny: Tokio 2020. Kajetan Duszyński, bohater polskiej sztafety: Jestem typem nerda - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie