Doczekaliśmy czasów, że reprezentantka Polski stoi w jednym szeregu ze Steffi Graf [ROZMOWA]

Hubert Zdankiewicz
Hubert Zdankiewicz
Naomi Osaka wyraźnie przegrała finał w Miami, ale to właśnie ona może być w najbliższej przyszłości najgroźniejszą rywalką Igi Świątek
Naomi Osaka wyraźnie przegrała finał w Miami, ale to właśnie ona może być w najbliższej przyszłości najgroźniejszą rywalką Igi Świątek fot. USA TODAY Network/Sipa USA/East News
Udostępnij:
- Dziesięć lat temu czołowa dziesiątka faktycznie była mocniej zabetonowana, niż obecnie. Dziewczyny nie były jednak tak dobrze przygotowane fizycznie, jak teraz - mówi Joanna Sakowicz-Kostecka. Z byłą tenisistką, a obecnie komentatorką i ekspertką Canal+ rozmawiamy również o ostatnich sukcesach Igi Świątek i Huberta Hurkacza, zmianach w ich grze i o tym jak wyglądał z bliska turniej Miami Open.

Kiedy zapadła decyzja, że lecicie do Miami, śledzić z bliska Igę Świątek?
Tak naprawdę, to zapadła już po Australian Open.

Nie mieliście lekkich obaw? W przeszłości w Indian Wells i Miami wygrywały przed Igą tylko trzy tenisistki (Steffi Graf, Kim Clijsters i Wiktoria Azarenka – red.), a ona miała w dodatku w nogach również turniej w Doha?
Obawy oczywiście były, ale jeśli mieliśmy gdzieś polecieć i towarzyszyć Idze na turnieju, to właśnie tam. Miami było optymalne. Również ze względu na Huberta. Zawodowo wyszło fantastycznie.

Jakie wrażenie z samego turnieju i jego otoczki?
Jako tenisistka w Miami grałam wielokrotnie, ale nie w tym turnieju. Wiedziałam jednak, czego się spodziewać.

Mimo wszystko fajnie chyba było zobaczyć, jak wielki tenis wraca do normalności po Covidzie? Rok temu Hubert wygrywał przy pustych trybunach.
Jesienią byliśmy na Mistrzostwach WTA w Guadalajarze, więc miałam już wcześniej przedsmak „normalności”. Mimo wszystko było to coś nowego po dwóch latach, bo nawet w Meksyku były pewne obostrzenia, strefy. Za to w Miami nikt nas nawet raz nie poprosił o założenie maseczki. Jednym z najwspanialszych momentów był dzień, w którym jechaliśmy na mecz Huberta z Carlosem Alcarazem. Iga tego dnia nie grała, nie mieliśmy komentarza. Były korki na dojeździe, mijaliśmy ludzi, którzy szli tłumnie na mecz, którego jednym z bohaterów miał być Polak. To było niesamowite, bo w Amerykanie traktują sport inaczej, niż my w Polsce. Dla nich to część kultury, część życia. Wiadomo, że większość kibiców przyszła dopingować Alcaraza, ale atmosfera była… No nie pamiętam, kiedy poprzednim razem tak się czułam siedząc na trybunach

Ludzie w końcu wyrwali się z klatki...
Nie do końca. Amerykanie po prostu kochają sport. Pamiętam, jak byłam pierwszy raz na meczu NBA. Nie wiedziałam czy mam patrzeć na to, co dzieje się na parkiecie, czy na to co wyprawiają kibice. Podczas meczów tenisowych czasami nie wiedzą, jak się zachować, chodzą po trybunach w trakcie wymian. Ale to pojedyncze przypadki, w Miami trudno było się do czegokolwiek przyczepić. Nie licząc może incydentu podczas meczu Igi z Jessicą Pegulą, gdy trzeba było wyprowadzić z trybun trzech pijanych fanów.

Nic poza tym nie zaskoczyło? Pozytywnie, albo negatywnie?
Grywałam na Florydzie w turniejach juniorskich i wtedy faktycznie - było to, jak na tamte czasy i polskie realia, coś niecodziennego, egzotycznego. Bywałam też prywatnie w Miami, towarzysząc mężowi w służbowych podróżach. Wtedy jednak interesowały mnie zupełnie inne uroki miasta. Tym razem byłam służbowo i muszę przyznać, że równie dobrze mogłabym polecieć do Budapesztu, albo do Wiednia. Człowiek niby widzi wszystko wokół, ale skupia się przede wszystkim na aspektach zawodowych. Pierwsze, co usłyszałam po powrocie to, że nie jestem opalona. No bo jak można wrócić z Florydy bez opalenizny…

Który z meczów Igi Świątek był dla pani najbardziej pamiętny?
Nie będę oryginalna - finał. Pierwszy raz, odkąd komentuje mecze, czułam taką wielką dozę ekscytacji i zdenerwowania. Doszło też poczucie odpowiedzialności, bo takie mecze oglądają nie tylko fani tenisa, ale również ludzie, którzy średnio się na nim znają. Trzeba było tak dobierać słowa, by każdy zrozumiał komentarz. Denerwowałam się nawet rzeczami, na które nie mam wpływu. Na przykład czy dźwięk będzie wyraźny i czy nie zerwie łącza satelitarnego. Na końcu była oczywiście wielka radość.

Nie była pani ani trochę zaskoczona formą Igi? Wygrać jeden turniej WTA 1000 to już znakomite osiągnięcie, a ona wygrała trzy pod rząd…
Chyba każdego to zaskoczyło. Znajdą się pewnie osoby, które będą teraz mówić, że się tego spodziewały, ale obiektywnie trudno było przewidzieć taki scenariusz. Tym bardziej, że ja dobrze pamiętam czasy, gdy nasz kraj był tenisowym zaściankiem. W 2001 roku byłam jedyną Polką w wimbledońskim turnieju, nie tylko juniorek, ale w ogóle! Jedyną, poza mną nie było nikogo. Były lata, gdy emocjonowaliśmy się tym, że jakiś nasz rodak przeszedł rundę na Wielkim Szlemie - to już było wielkie wydarzenie. A teraz doczekaliśmy się czasów, że reprezentantka Polski stoi w jednym szeregu ze Steffi Graf. Dla ludzi wychowanych w moich czasach to wciąż jest, jak jakiś sen. Bajka, która absolutnie nie miała prawa się wydarzyć.

Przy okazji świętowaliśmy okrągłą rocznicę, bo Iga wygrała w Miami dziesięć lat po Agnieszce Radwańskiej. Oba te sukcesy łączy klamrą osoba trenera Tomasza Wiktorowskiego.
Tomek jest świetnym fachowcem. Co do tego nie ma chyba wątpliwości choć wiem, że różni „życzliwi” mają na ten temat swoje zdanie. Gdy był jeszcze ekspertem Canal+ często powtarzał zdanie, że trener ocenia decyzję zawodniczki, a nie jej skutek. Chodzi mi o to, ze Iga ze swoim perfekcjonizmem bardzo często nie mogła sobie wybaczyć tego, że zepsuła jedną akcję. Że być może podjęła złą decyzję, że może za wcześnie zaatakowała. Może warto było przytrzymać dłużej wymianę… To ją wpędzało w spiralę narastających wątpliwości, a to na dłuższą metę szkodzi każdemu. Nie jestem oczywiście członkiem sztabu Igi, ale jej obecna forma sugeruje, że Tomek był w stanie przekonać ją do zmiany podejścia. Że jeżeli decydujemy się na taką, a nie inną taktykę, to nie zmieniajmy jej po jednym błędzie, albo nawet kilku. To nie jest nic złego, bo taki był plan. On czasami ma prawo się nie powieść, ale na dłuższą metę przyniesie oczekiwany skutek. W grze Igi widać obecnie tę konsekwencję - nawet, jak zdarzają jej się słabsze momenty, to dalej robi swoje.

Zawodowo musiała pani śledzić Igę. Udało się pooglądać również Huberta?
Oczywiście, przegapiłam tylko jeden jego singlowy mecz, z Lloydem Harrisem, ale grała akurat Magda Linette i musiałam wracać do pracy. To niesamowite, jak on się rozwinął. Sukcesy Igi zepchnęły go w ostatnim czasie trochę w cień, ale to nie zmienia faktu, że jesteśmy obecnie w sytuacji, która 20 lat temu byłaby abstrakcją. Mamy tenisistę w pierwszej dziesiątce światowego rankingu, ostatnio Hubert co prawda z niej wypadł, ale przed nim nikt nie wspiął się tak wysoko. Mamy tenisistę, który wygrał w ubiegłym roku turniej ATP Masters 1000, dotarł do półfinału Wimbledonu. W tym roku doszedł w Miami do półfinału i wygrał w deblu. Ktoś może kręcić nosem, ale to fantastyczne osiągnięcie. Tym większe, że po drodze on i John Isner pokonali kilka naprawdę groźnych par.

To było w ogóle dość niecodzienne - oglądać duet, w którym nasz reprezentant jest tym niższym.
To prawda. Gdy tuż przed finałem wpadliśmy na chwilę na Isnera to nie powiem - musiałam wysoko podnieść głowę (śmiech). Tego nie widać w telewizji. W ogóle na żywo zupełnie inaczej ogląda się mecze, gdy można popatrzeć z bliska. I nie tylko z tyłu kortu, ale również z boku. Dopiero wtedy można było zobaczyć, jak Hubert się porusza, jak rozgrywa taktycznie poszczególne punkty. Jak poprawił serwis. On zawsze dobrze serwował, ale widać, że Craig Boynton jest w stanie znaleźć rezerwy w każdym elemencie jego gry.

Nie brak opinii, że Iga - pomimo ostatnich sukcesów - powinna popracować nad serwisem. Drugi przynosi jej wiele punktów, ale z pierwszym nadal miewa problemy.
W tym elemencie też się ostatnio poprawiła. Zwłaszcza w Australii widać było postęp. Nadal jednak tkwią w nim rezerwy i myślę, że Iga i jej sztab mają tego świadomość. Jestem przekonana, że nie osiądą na laurach. To nie jest jednak coś, co da się poprawić w kilka tygodni. To proces, który musi potrwać. Pamiętajmy przy tym, że Iga skończy w tym roku dopiero 21 lat i ma mnóstwo czasu na to, by stawać się coraz lepszą tenisistką.

Pojawiają się również głosy, że - przy całym ogromnym szacunku dla osiągnięć Igi - ale Agnieszka Radwańska miała trudniej, bo za jej czasów konkurencja była większa. Były siostry Williams, Szarapowa, Azarenka i Kvitova w swoich najlepszych latach. Były Belgijki, Mauresmo Kerber, Woźniacka…
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Dziesięć lat temu czołowa dziesiątka faktycznie była mocniej zabetonowana, niż obecnie i trudniej było się przebić komuś nowemu. Dziewczyny nie były jednak tak dobrze przygotowane fizycznie, jak teraz. Rotacja w Top-10 jest dziś większa niż kiedyś, ale poziom bardzo się wyrównał. Przygotowanie motoryczne i odnowa biologiczna sprawiły, że nawet na dalszych miejscach w rankingu są tenisistki, które są w stanie zagrozić najlepszym. Najlepszy dowód to choćby ostatnie US Open. Co by nie mówić o wcześniejszych i późniejszych osiągnięciach obu finalistek, ale w tamtym czasie grały najlepszy tenis na świecie i zasłużenie dotarły tak daleko. Inna sprawa, że przykład Emmy Raducanu najlepiej pokazuje, jak szkodliwe może być dla młodej zawodniczki nadmierne zainteresowanie mediów i kibiców. To jest właśnie umiejętność zarządzania sukcesem, o której często mówi Daria Abramowicz. Tam tego nie było, a nawet gorzej. Pamiętam falę krytyki, jaka spadła na nią, gdy nie dokończyła meczu podczas Wimbledonu. Poradziła z nią sobie wygrywając US Open, ale to co przyszło później okazało się zbyt dużym ciężarem.

Kto może być w najbliższej przyszłości najgroźniejszą rywalką Igi?
Jeśli Naomi Osaka ustabilizuje swoją kondycję mentalną to myślę, że ona. W Miami widać było, że znów czuje radość z gry w tenisa. To fenomenalna dziewczyna, być może zbyt dużo opiera w swojej grze na sile, ale gdy jest w odpowiednim rytmie, to bardzo trudno jest nawiązać z nią walkę. Trzeba być Igą, by umieć ją rozbroić. Jako kibic trzymam również kciuki za powrót Bianki Andreescu.

Zaczyna się sezon na kortach ziemnych. Iga je kocha, ale Hubert już niekoniecznie.
Być może wynika to z tego, że jest bardzo wysoki. Aby dobrze poruszać się po korcie ziemnym środek ciężkości powinien być umiejscowiony niżej. Łatwiej jest wtedy utrzymać równowagę przy doślizgiwaniu się do piłek. Zawodnicy klasy Huberta ciągle poszukują jednak nowych wyzwań, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by zaczął odnosić sukcesy również na ziemi.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Materiał oryginalny: Doczekaliśmy czasów, że reprezentantka Polski stoi w jednym szeregu ze Steffi Graf [ROZMOWA] - Sportowy24

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Gazeta Współczesna
Dodaj ogłoszenie