MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Migranci trafiają do Białegostoku. Mohammad: "Byliśmy trupami, ale żyjemy"

Olga Goździewska-Marszałek
Olga Goździewska-Marszałek
Migranci, których dotknął kryzys na granicy polsko-białoruskiej trafiają do białostockiej fundacji, która współpracuje ze Strażą Graniczną
Migranci, których dotknął kryzys na granicy polsko-białoruskiej trafiają do białostockiej fundacji, która współpracuje ze Strażą Graniczną Fundacja Dialog
Rodzina się wtedy modliła. Byliśmy w domu. Ekstremiści zaczęli do nas strzelać. Kula trafiła mojego męża i dwójkę dzieci. Zginęli na miejscu. Na moich oczach - płacze Fadumo. Somalijka uciekła i dotarła do Polski przez Białoruś. Skorzystała ze wsparcia białostockiej fundacji. Tak jak wielu innych uchodźców, którym pomogła straż graniczna.

W drugiej połowie września straż graniczna znalazła przy granicy polsko-białoruskiej ośmiu imigrantów. Ugrzęźli w rozlewiskach rzeki. Akcja ratunkowa była bardzo skomplikowana i trwała kilka godzin, ale wszystkich udało się uratować. Siedem osób trafiło do szpitala. Wśród nich młoda dziewczyna. Nie było z nią kontaktu, nikt nie wiedział, jak się nazywa. Była w stanie głębokiej hipotermii.

- Dziewczynę znaleźliśmy w lesie, musiała wcześniej się zgubić. To cud, że ją spotkaliśmy. Była w tak okropnym stanie. Wycieńczona. Kontakt z nią był bardzo ograniczony - wspomina Mohammad Daleel, Syryjczyk zaangażowany w ratowanie kobiety.

To on wyszedł z ukrycia i wezwał pomoc. Na skraju lasu zaczął machać rękami do funkcjonariuszy straży granicznej. Odpowiedzieli. Mohammad poinformował służby o agonalnym stanie współtowarzyszki. Polscy pogranicznicy zaczęli działać.

- Straż mogła nas zawrócić na Białoruś. Ale byliśmy w takim stanie, że ledwo szliśmy. Wszyscy byli wykończeni. Kilka dni bez jedzenia, bez picia, w przemoczonych ubraniach. Wszystkich nas z granicy zabrało pogotowie - wspomina Syryjczyk Omar Farhar, który również angażował się w ratowanie nieznanej dziewczyny.

Młoda kobieta została przetransportowana do Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku. Temperatura jej ciała spadła poniżej 24 stopni C. Stanęło jej serce. Akcja reanimacyjna trwała aż półtorej godziny. Udało się. Przez dwa tygodnie dziewczyna była w śpiączce. W szpitalu stała się NN, nikt nie znał jej danych.

Mohammad i Omar w szpitalu spędzili 10 dni. Kiedy odzyskali siły, zaczęli szukać dziewczyny. Pomógł Syryjczyk - Kasim Chhadh. Kilka lat temu uciekł wraz ze swoją rodziną z ojczyzny ogarniętej wojną. Dziś pracuje jako lekarz w podlaskim szpitalu i przychodni. Współpracuje również z białostocką Fundacją Dialog, pod której skrzydła trafiają obecnie imigranci z granicy polsko-białoruskiej.

- Udało nam się dowiedzieć, że dziewczyna żyje. Później okazało się, że Syryjka ma na imię Novin i jest poszukiwana przez swojego męża od niedawna mieszkającego i pracującego w Niemczech - mówi Mohammad.

Historia jest niezwykła. Mąż Novin szukał jej odkąd stracili kontakt telefoniczny. Pokazał jej zdjęcia w firmie, gdzie pracuje. Szef przedsiębiorstwa jest Polakiem. Zaangażował się w pomoc. Przesłał zdjęcia zaginionej kobiety do Polski.

- Zobaczyłem zdjęcia dziewczyny i dość szybko dowiedziałem się, że może być na oddziale w USK. Kiedy tam dotarłem, była świadoma. Pokazałem jej zdjęcie. Odpowiedziała na migi, że to ona. Poinformowałem jej męża i on przyjechał do niej do Polski. Kiedy Novin wyjdzie ze szpitala, może liczyć na wsparcie Fundacji Dialog - opowiada Kasim.

- Doktor Kasim bardzo nam pomógł. Nam i tej dziewczynie. Jesteśmy wdzięczni. W Polsce spotyka nas dobro, którego dawno nie doświadczaliśmy. W szpitalu w Hajnówce opiekowała się nami pani Anna. Była dla nas jak matka. My do niej mówiliśmy „mama”, bo dbała o nas. Chcemy jej podziękować - mówi Mohammad. - Dzięki Kasimowi i fundacji, szybko zostaliśmy ściągnięci z zamkniętego ośrodka do otwartego w Białymstoku. Nie spodziewaliśmy się takiej pomocy. To niesamowite – przyznaje Mohammad.

Zobacz też:Michałowo. Podlaska gmina jest na ustach Polski i świata! Do punktu pomocy przyjechał komisarz ONZ i znani artyści (ZDJĘCIA)

Syryjczycy uciekają ze swojej ojczyzny przed wojną i prześladowaniami. Filippo Grandi, komisarz narodów zjednoczonych ds. uchodźców, powiedział niegdyś, że „Syria to największy kryzys humanitarny i uchodźczy naszych czasów, niekończąca się przyczyna cierpień milionów ludzi. To kryzys, który powinien spotkać się z rosnącym wsparciem reszty świata”.

Według danych Biura Wysokiego Komisarza ONZ do spraw Uchodźców (UNHCR), w ubiegłym roku ich liczba na świecie osiągnęła rekordowy poziom - 79,5 mln. Najwięcej osób ucieka właśnie z Syrii, ogarniętej wojną domową. Z tym że do Europy trafiło mniej niż 10 procent wszystkich uchodźców. Najwięcej przyjmuje ich Turcja, Kolumbia, Pakistan i Uganda. W Niemczech przebywa obecnie ok. miliona uchodźców, a kraj uplasował się na piątym miejscu na liście państw, które przyjęły ich najwięcej. Niewielki odsetek uchodźców osiedla się w Polsce.

Chociaż cała Europa dla imigrantów jest jak ziemia obiecana, utopia, symbol bezpieczeństwa i normalnego życia.

- Każdy chce bezpiecznie i dobrze żyć. Powszechnie wiadomo, że to możliwe w krajach europejskich. Jeśli ktoś ma choć jedną bliską osobę w Niemczech czy innym kraju, to będzie tam dążył. Polska to dla mnie nowy dom, ale dla większości przystanek w drodze. I trzeba to zrozumieć - mówi doktor Kasim Chhadh.

Polsko-białoruska granica miała być dla wielu bramą do wolności. Ale przez furtkę udaje się przejść nielicznym. Mohammad i Omar martwią się, że teraz w polskich lasach i na bagnach setki ludzi walczy o przetrwanie. Po drodze widzieli osoby, które potrzebują pomocy. Marzą, by jakaś organizacja lub politycy pomogli im.

- Oni potrzebują jedzenia, picia, schronienia w ciepłym miejscu. Potrzebują tego, czego potrzebuje każdy człowiek. Błagam o pomoc dla nich - apeluje Mohammad. - My spędziliśmy prawie osiem godzin w bagnie. Woda sięgała do pasa. Bagna ciągnęły się i ciągnęły. Nie było odwrotu. Kiedy już jesteś na granicy, białoruska strona nigdy nie pozwala wrócić do Mińska. My chcieliśmy wracać, mieliśmy dość. Zawracali nas. Wiedzieliśmy, że idziemy na śmierć. Sytuacja na granicy wygląda tak, że albo umrzesz w lesie, albo zostaniesz wpuszczony do Polski. My mieliśmy szczęście. Byliśmy trupami, ale żyjemy - dodaje Mohammad.

Zdecydowali się na ucieczkę z Syrii, bo nie jest tam bezpiecznie. Można stracić życie za nic. Jest nędza, nie ma perspektyw na pokój i stabilizację. Syryjczycy szukają miejsca, gdzie można żyć normalnie. Nasi rozmówcy tranzytem dostali się do Dubaju, stamtąd samolotem na Białoruś. To nie jest typowa droga ucieczki, ale nie mogli tak jak wielu lecieć do Europy z Damaszku, bo są zgłoszeni do rezerwy wojskowej.

- Zaciągnięcie się do wojska rządowego to szybki przepis na śmierć. To pewne, że nie wróci się stamtąd. Jeśli nie poszlibyśmy do wojska, trafilibyśmy do więzienia, gdzie ludzie są torturowani i umierają w męczarniach. Ucieczka była ostatnią szansą, chociaż wiedzieliśmy, że nie będzie łatwa. Nie chcieliśmy takiego dramatu dla naszych rodzin, zostały w bezpiecznym miejscu. Mamy nadzieję, że kiedyś jeszcze się zobaczymy - mówi Mohammad.

Z całą rodziną do Polski przedostał się za to Masser. Ma żonę Nour i trójkę małych dzieci. Oni też brodzili w bagnach. Trafili na polską stronę granicy na chwilę przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego.

- Moja córka o mało nie umarła. Mam fobię, gdy widzę nawet kilka drzew razem, to czuję strach. Nie da się opisać tego, co przeżyliśmy w tym ciemnym, zimnym lesie. To koszmar. Tam musieliśmy podjąć najtrudniejszą decyzję w życiu. Niektórzy czekają w lesie, ukrywają się. Ale my postanowiliśmy pokazać się policji. Dostaliśmy szybką pomoc, bo najmłodsza córka była w ciężkim stanie - opowiada Masser.

Rodzina spędziła pięć dni w zamkniętym ośrodku, później zostali przeniesieni do kolejnego. Masser nie pamięta nazwy placówki, ale wspomina, że warunki były tam złe. Czuł się traktowany jak więzień, który zrobił coś złego.

- Wiem, że przekroczyliśmy zieloną granicę. Ale nie jesteśmy przestępcami. Wbrew temu, co wielu myśli, jesteśmy zwyczajną rodziną, która chce mieć dom, bezpieczeństwo - mówi Nour, Syryjka.

W ojczyźnie żyło im się coraz gorzej. Wojna domowa między siłami wiernymi prezydentowi Baszszarowi al-Asadowi a zbrojną opozycją trwa już niemal dziesięć lat. Cierpią na tym zwykli ludzie.

- Mieszkaliśmy w jednej z gmin w okolicy Damaszku. Nagle ten teren został otoczony przed wojsko, zupełnie odcięty. Byliśmy w pułapce. Tam byli rebelianci, z którymi chciał rozprawić się rząd. Nad głowami zaczęły nam krążyć śmigłowce, zrzucano pociski niecelowane z dynamitem. Miało to na celu zabicie jak największej liczby osób. Nie liczyło się, czy to cywile, czy rebelianci - wspomina Masser, uchodźca z Syrii. Pokazuje filmik, na którym widać, jak pocisk uderza w ziemię i wybucha. Siła rażenia jest potężna.

Odłamki jednego ze zrzuconych pocisków trafiły w niego. Wbiły się w nogę i klatkę piersiową. Zawstydzony pokazuje rozległe blizny.

- Rebelianci widząc, co się dzieje, zmuszeni byli się poddać. Miejscowość była zniszczona, w tym nasz dom. Na początku mówiono nam, że dom zostanie odbudowany, ale tak się nie stało. To były kłamstwa. Wiele domów zostało nielegalnie zajętych przez sojuszników prezydenta. Wyprowadziliśmy się z miasteczka i wynajęliśmy mieszkanie. Przerastały nas koszty. Zaczęliśmy planować ucieczkę - wspomina Masser.

Dostali informację, że mogą dostać się do Europy przez Białoruś. To była jedyna możliwa droga. Dotarli do Mińska i z lotniska wzięli taksówkę pod granicę. Kosztowała 600 dolarów.

- Nie będziemy ukrywać, że mamy bliską rodzinę w Szwecji, którą chcielibyśmy spotkać. Liczymy na ich pomoc i normalne życie. W Polsce jest dobrze, spotkaliśmy dobroć ze strony pracowników fundacji. Ale nie mamy tu nikogo, jesteśmy tu sami. Trudno jest zaczynać od zera, gdy można mieć pomoc rodziny, która na nas czeka - przyznaje Masser.
Podkreśla, że jest szefem kuchni z dziesięcioletnim doświadczeniem. Uwielbia gotować i chce się rozwijać. Jego marzeniem jest praca w dobrej restauracji.

- Nie chcę być zależny od kogoś, liczyć na pomoc przez całe życie. Tęsknię za gotowaniem, chcę to robić na co dzień. Wierzę, że po tym, co przeszliśmy, wyjdzie dla nas słońce - uśmiecha się gorzko Syryjczyk.

Do białostockiej Fundacji Dialog trafiły również Somalijki. Mieszkały w małej wsi w pobliżu miasta Pallad, w strefie zarządzanej przez ekstremistów. Ich życie w ojczyźnie było zagrożone.

- Grupa islamskich ekstremistów zabiła mojego męża i dwóch synków. Uciekłam z resztą rodziny - płacze Fadumo, Somalijka w średnim wieku, z kolorową chustą na głowie. - Cała nasza rodzina jest ścigana - dodaje. Do Europy uciekła z dwiema nastoletnimi dziewczynami - Zaharą i Zamzam. To krewne, którymi opiekowała się w Somalii. Tworzyła dla nich nieformalną rodzinę zastępczą.
Jej mąż prowadził małą aptekę. Ekstremiści zabronili mu sprzedawać leki współpracownikom rządu. On się na to nie godził. Nie słuchał rozkazów i poniósł za to najwyższą cenę.

- Rodzina się wtedy modliła. Byliśmy w domu. Zaczęli do nas strzelać. Kula trafiła mojego męża i dwójkę dzieci. Zginęli na miejscu. Na moich oczach - Fadumo od początku rozmowy nie może powstrzymać łez. - Musiałam uciekać z domu. Zabrałam Zamzam i Zaharę. Mam jeszcze dwójkę malutkich dzieci, które zostały z babcią w bezpiecznym miejscu. Nie mogłam ich zabrać. Nie wiem nawet, gdzie zostali pochowani moi synowie i mąż. Od ich śmierci minęło pięć miesięcy. Cały czas jesteśmy w drodze - mówi ze smutkiem.

Na początku kobietom udało się uciec do Mogadiszu, stolicy Somalii, później do tureckiego Stambułu. Resztę załatwił przemytnik. Zażądał od Fadumo sporej sumy pieniędzy. Kobieta nie miała oszczędności. Pomogła rodzina zmarłego męża. Zebrali całą kwotę. Wysłali jej pieniądze do Turcji. Somalijka zapłaciła przemytnikowi 4 tys. dolarów. W tej kwocie mieścił się bilet i wiza. Przemytnik obiecał, że z Białorusi pojadą do Polski. A stamtąd spokojnie dostaną się dalej. To było kłamstwo.

- To była dla nas zawrotna suma, ale ile kosztuje wolność? Zapłaciłam i zaufałam, że dotrzemy bezpiecznie do celu. Przemytnik przywiózł nas z lotniska w Mińsku bezpośrednio na granicę. Powiedzieli: Tu jest wasza Europa. Kazali im iść przed siebie - tłumaczy.

Sześć dni kobiety błąkały się po lesie. Fadumo przewróciła się i złamała rękę. Kilka razy próbowała przekroczyć polską granicę, ale była zawracana.

- Funkcjonariusze polskich służb nie byli agresywni. Oni mówili po prostu, że mamy wracać na Białoruś. Nikt nas nie popychał siłą. Po prostu stanowczo nas odsyłali. W pewnym momencie chciałyśmy wracać do Mińska. Ale białoruska strona na to nie pozwala. Oni mieli broń. Celowali w nas, grozili, że nacisną spust, jeśli się nie cofniemy. Białoruskie służby są bardzo agresywne i my nie wiedzieliśmy, czego się można spodziewać. Wycofałyśmy się, byłyśmy uwięzione w lesie - opisuje Fadumo. - Cały czas byłyśmy pilnowane. Co jakiś czas ze strony białoruskiej dostawałyśmy wodę i chleb. Nie byłyśmy przygotowane na taką lekcję przetrwania. Spałyśmy w ubraniach, bez śpiwora.

W końcu kolejny raz próbowały przekroczyć granicę. Były już w złym stanie, pomogła polska straż graniczna. Zostały zabrane do ośrodka, później przewiezione do Białegostoku.

Co dalej? Fadumo przyznała, że celem podróży jest inny kraj Europy. W Polsce otrzymała pomoc Fundacji Dialog, która współpracuje ze strażą graniczną. W ramach pomocy instytucjonalnej mogła otrzymać długotrwałe wsparcie na wielu płaszczyznach. Fundacja zapewnia nocleg, wyżywienie, pomaga załatwić wszelkie formalności związane z pobytem i leczeniem. Fadumo to wiedziała.

- Cały czas mam mętlik w głowie. Nie spodziewałam się takiej pomocy w Polsce. Mamy co jeść, gdzie spać. Jestem szczęśliwa, że wyszliśmy z lasu i dostaliśmy pomoc. Czy pojedziemy dalej? Nie wiem - mówiła spuszczając głowę Fadumo. Somalijka marzy o zamieszkaniu w spokojnym miejscu. - Chcę, by dołączyły do mnie dzieci i żebyśmy mogli żyć razem w normalnym świecie - dodaje.

Kilka godzin po naszej rozmowie uciekła z białostockiego Ośrodka Pobytu Tymczasowego Fundacji Dialog. Tak jak wielu przed nią i pewnie wielu po niej, zdecydowała się na własną rękę przemierzać Europę.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Tragiczne zdarzenie na Majorce - są zabici i ranni

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Migranci trafiają do Białegostoku. Mohammad: "Byliśmy trupami, ale żyjemy" - Kurier Poranny

Wróć na wspolczesna.pl Gazeta Współczesna