Mirosław F. zamordował kobietę. Sąd skazał go na karę...

    <I>Mirosław F. zamordował kobietę. Sąd skazał go na karę śmierci.</I>

    Marta Romańczuk

    Gazeta Współczesna

    Aktualizacja:

    Gazeta Współczesna

    Dziwi mnie to, że wciąż żyję. A już jako młody chłopak mógłbym nie żyć. Mogło by mnie nie być na świecie - mówi dziś 43-letni Mirosław F. Gdy miał 25 lat sąd skazał go na karę śmierci za brutalne zabójstwo. Spędził dwa i pół roku w celi śmierci. Potem został ułaskawiony.
    <I>Mirosław F. zamordował kobietę. Sąd skazał go na karę śmierci.</I>
    Łagodna twarz, ciepły, opanowany głos. W tym spokojnym mężczyźnie trudno rozpoznać osobę, która kiedyś popełniła okrutną zbrodnię.
    - W 1985 r. zostałem skazany na karę śmierci za zabójstwo. Będąc pod wpływem alkoholu zabiliśmy kobietę. Poszliśmy do niej po wódkę, ona nie chciała dać, no to ją zabiliśmy. Tak po prostu - zaczyna opowiadać swoją historię Mirosław F.
    Był 31 października 1984 r. 24-letni wówczas Mirosław F. w Gdańsku razem z kolegą pił alkohol na podwórku. Zabrakło im pieniędzy, a naprzeciwko była melina prowadzona przez kobietę. Zapukali do jej drzwi.
    - Wszystko działo się tak szybko. Dostała chyba ponad 17 ciosów nożem - mówi mężczyzna.
    Jak ustalił sąd, Mirosław F. razem ze wspólnikiem kilkanaście razy uderzył kobietę młotkiem w głowę oraz nożem w okolicę szyi i twarzy. Kobieta zmarła na miejscu. Potem podpalili mieszkanie, żeby zatrzeć ślady zbrodni.
    Zabrali 17 tys. starych złotych, paczkę kakao, paczkę kawy, aparat słuchowy, karty do gry, butelkę wina własnej roboty i papierosy "Kosmos".
    W czerwcu 1985 roku Sąd Wojewódzki w Gdańsku wydał wyrok w tej sprawie. Mirosław F. usłyszał: kara śmierci.
    Czekał stryczek
    - Wtedy myślałem tylko o tym, że chcę żyć. Osoba, którą zabiłem, wtedy była na drugim planie, nie myślałem o niej. Ona odeszła. Wtedy nie zastanawiałem się dlaczego to zrobiłem, jak do tego doszło, czy tylko alkohol był przyczyną - opowiada Mirosław F.
    Przez dwa lata przebywał w celi śmierci. W listopadzie 1986 r. sąd drugiej instancji utrzymał karę. Wyrok był prawomocny. Zostało czekanie albo na śmierć, albo na ułaskawienie przez Radę Państwa. Tak przez kolejne pół roku.
    - W celi śmierci ciągle towarzyszył mi strach. Nie wiadomo było, kiedy człowieka wezmą. Fama chodziła, że biorą wieczorami. Wieczór był takim strachem: cisza na korytarzach, nic się nie dzieje. Nie wiadomo czy przyjdą, otworzą celę, czy wezmą, jak to się będzie działo - wspomina skazany.
    Wiadomo było, że śmierć ma być przez powieszenie.
    - Straciłem nadzieję, nie mogłem nic robić. Myślałem: kara śmierci, pozbawienie praw publicznych na zawsze. Strach mnie paraliżował. Byłem młodym chłopakiem, miałem 25 lat - powracają wspomnienia.
    Drugi akt urodzenia
    Aż w końcu w marcu 1987 r. Rada Państwa zdecydowała - Mirosław F. będzie żył. Ma spędzić w więzieniu 25 lat i przez 10 lat będzie pozbawiony praw publicznych. Decyzja o ułaskawieniu przyszła na piśmie.
    - Ta decyzja to takie drugie świadectwo, akt urodzenia - opisuje dokument Mirosław F.
    Wspomina, że na trzy dni przed oficjalnym pismem od Rady Państwa przyszedł do niego adwokat i powiedział, że został ułaskawiony.
    - Nie wierzyłem w to, myślałem, że to zagrywka. Żeby mnie uspokoić - wspomina.
    Doskonale pamięta nazwisko osoby, która go ułaskawiła. Ale kto wystąpił z takim wnioskiem, czym uzasadniono decyzję o zamianie kary śmierci - tego nie wie.
    - Nigdy w to nie wnikałem, jak, dlaczego. Żyję i cieszę się z tego...
    Żal przyszedł po latach
    Skazany odrzucał wspomnienia tego co zrobił. Nawet ze wspólnikiem zbrodni nie rozmawiał o zbrodni. Przebywali w jednym zakładzie karnym, ale unikali tego tematu. Stało się i już. Kolega też jest ciągle w więzieniu. Sąd od razu skazał go na 25 lat pozbawienia wolności, bo był nieletni.
    - Miał wtedy 16 czy 17 lat. Uważam, że go skrzywdziłem. Ja go do tego namówiłem - wyznaje Mirosław F.
    Rodzice też nie poruszali tematu zabójstwa. Stało się, musisz odsiedzieć.
    - Nie potrafię powiedzieć kiedy przyszedł żal, czy po 10 latach, czy może jeszcze później. Człowiek z tym walczy, odrzuca to. Myśli sobie, a po co nad tym się zastanawiać, przecież to już się stało. Ale kiedyś to wreszcie człowieka dopada - mówi.
    Teraz bardzo żałuje tego co zrobił. Powtarza: chciałbym, aby ta kobieta żyła.
    - To się będzie za mną ciągnąć do końca życia. Nie mogę powiedzieć, że jest mi przykro, bo to za mało powiedziane. Muszę z tym żyć - podkreśla skazany.
    Motywu też nie potrafi jednoznacznie podać.
    - Wydaje mi się, że to alkohol, potrzebne pieniążki, może zemsta na mojej rodzinie, za to, że kiedyś byłem bity - wylicza.
    Agresja wyniesiona z domu
    Sytuacja w jego rodzinie była nie najlepsza. Matka piła, ojciec pił i był agresywny.
    - Bardzo kochałem zwierzęta. Marzyłem o hodowli gołębi. Na dachu sam urządziłem gołębnik. Miałem może 7-8 lat - wspomina.
    Tata przyszedł kiedyś mocno pijany. Szukał matki. Był taki wściekły, że jej nie ma. Mały Mirosław był w tym czasie w gołębniku.
    - On mnie wołał. Zszedłem, pytał się gdzie matka. Ja odpowiedziałem, że nie wiem. Zaczął mnie okładać, przeklinać. Wszedł do tego gołębnika i gołymi rękoma poodrywał tym gołębiom główki. Popłakałem się - opowiada o tym co zapamiętał z dzieciństwa.
    Mając 13-14 lat Mirosław zaczął przebywać ze starszym towarzystwem. Chciał im zaimponować. I zaczęło się - pijaństwo, kradzieże, włamania.
    - Byłem bardzo agresywnym facetem - wspomina.
    Aż przyszedł przełom - poznał dziewczynę, w której się zakochał. Poszedł jednak do wojska. Tam dowiedział się, że ukochana go zdradza. Uciekł. Pojechał do narzeczonej i potwierdziły się plotki o niewierności.
    - Był rok 1979 może 1980. Złapali mnie i sąd wojskowy skazał na rok pozbawienia wolności. Odsiedziałem 8 miesięcy. Wyszedłem na amnestię i od tamtej pory zaczęło dziać się ze mną coś strasznego. Piłem, nie pracowałem, krzywdziłem ludzi - opowiada o sobie.
    Przemiana za kratkami
    I w końcu zabójstwo. Później sąd, kara, zakłady karne. Już dziewiętnaście lat jest za kratkami.
    - W końcu trafiłem tutaj do Białegostoku. Drugi rok tu jestem. Kontynuuję to, co rozpocząłem parę lat temu. Od trzech lat nie piję, jeżdżę na przepustki, ożeniłem się. Mam wspaniałą żonę, która mnie kocha, zaakceptowała mnie takim jakim jestem - podkreśla.
    Ale przemiana też nie nastąpiła od razu. Pierwsze lata za kratkami były wegetacją - dali pracę, to pracował, ktoś przyjechał na widzenie, to spotykał się. Przeważnie jednak nic nie robił. Na pierwszą przepustkę wyszedł po około 9 latach. To był horror. Bał się przejść przez ulicę. Bał się samochodów. Unikał wzroku ludzi.
    - Przez tyle lat widziałem tylko jednego człowieka, a nagle taki tłum na ulicy. Dziwnie się czułem. Byłem przerażony. Wydawało mi się, że wszyscy na mnie patrzą. Wiedzą, że ja jestem z więzienia. Myślą, że może uciekłem - wspomina Mirosław F.
    Pojechał do domu, do Gdańska. Pierwszy raz po zabójstwie spotkał się z sąsiadami, z tymi, którzy wiedzieli, co zrobił.
    - Nie rzucili się na mnie. Wymienialiśmy powitanie. Na pewno byli ciekawi. A ja byłem skryty - wspomina pierwsza wizytę w miejscu zbrodni.
    Przez wiele lat za kratkami ciągle miał problemy z alkoholem. Z przepustek wracał pijany.
    - Wiedziałem, że jestem uzależniony od alkoholu i muszę coś z tym zrobić - mówi.
    Z pomocą przyszedł ksiądz ewangelicki, który prowadził terapię uzależnień. Poznali się w 1999 r. Po dwóch latach spotkań z księdzem Formella podjął decyzję, że zostanie ewangelikiem. W kościele w czasie jednej z przepustek poznał swoją obecną żonę.
    - Można powiedzieć, że to ona mnie poderwała - śmieje się.
    Rodzina żony była przeciwna tej znajomości. Ale gdy go lepiej poznali, zaakceptowali. Siedem miesięcy temu w Mrągowie w kościele ewangelickim odbył się ślub.
    Uczy się normalnie żyć
    - Mimo, że jestem w więzieniu, narzuciłem sobie jakieś obowiązki. Mam żonę, muszę dbać o rodzinę. Pracuję w zakładzie w administracji, sprzątam. Poborami dzielę się z żoną - mówi.
    Teraz niecierpliwie czeka na każdą przepustkę. Wtedy jedzie do domu, do żony. Robi herbatę, zmywa talerze.
    - Może komuś wydaje się to naturalne. Ale mnie tego nie nauczono. Nie pokazano w domu, że trzeba np. posprzątać. Ja się tego uczę. Uczę się podstawowych spraw, że trzeba powiedzieć przepraszam, dziękuję, poproszę - podkreśla.
    Nie boi się już ludzi. Ludzie też się go nie boją. Dziś już nie. Uważają, że jest spokojny, opanowany i nie wyrządza ludziom krzywdy.
    - Nie jestem jakimś wampirem, który z nożem czy siekierą lata po ulicy. Czytam pismo święte, jestem osobą wierzącą. Kończę szkołę religijną - mówi więzień.
    Już wie, co będzie robić gdy opuści więzienne mury. Ma 14 ha gospodarki. Musi dokończyć budowę domu, bo rok temu był pożar i część się spaliła.
    - Na pewno z głodu nie umrzemy. Mamy co jeść, mamy świnie, mamy krowy, kury, kaczki, mamy warzywa - najważniejsze rzeczy. Żona tylko czeka na moje wyjście - planuje.

    Czytaj treści premium w Gazecie Współczesnej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo